Zmiany.

Dobra, czas na zmiany. Zmieniło się wiele, to też moja drobna cząstka internetowa też się zmieni.

Na razie zmieniła się tylko nazwa, ale zmieni się o wiele więcej. Nadal będę Was raczył moimi wypocinami wierszowanymi, pisanymi nierzadko pod wpływem. Częściej natomiast będą się pojawiały rozmaite myśli, które zawsze się pojawiają przy paleniu czy łapaniu okazji.

Częściej również będą się pojawiały zdjęcia z moich pieszych wycieczek - tutaj proszę uważać, bo zdjęcia mogą być niekiedy bardzo nieprzyjemne dla oczu.

“Dlaczego go filmujesz?”

“Bo jest piękny.”

Moje widzenie piękna może gorszyć. Może oburzać, może interesować też.

Dobra, tyle tego.

Miłej, gwieździstej, o tak, nocy.

Jesteś rybą, tak, Ty też.

“Nasz organizm został zaprojektowany dla zwierzęcia aktywnego, a musi radzić sobie z trybem życia ziemniaka”

Magdalena Frender

Ewolucja to proces, podczas którego dobór naturalny zmienia nam wedle swojego widzimisie nasze cechy w taki sposób, by były one jak najlepiej przygotowane do środowiska, w którym żyją. To, tak z grubsza.

Ludzki genom, który przeszedł bardzo długą drogę, żeby znaleźć się w ówczesnym stanie, zawiera fragmenty, które są identyczne z fragmentami genomu owadów czy bakterii. Przepis na wygląd i działanie naszego ciała powstawał przez 3,5 miliarda lat, zaczynając swoją drogę od organizmów komórkowych, poprzez wszelakie ryby, gady, płazy, skończywszy na ssakach i wreszcie na nas - na homo sapiens sapiens. Ale ludzie, niby tak cudowni, nosimy w sobie informację genetyczną, która pozostała nam po naszych przodkach. Choćby taka czkawka.

Zastanawialiście się z jakiego powodu ludzie mają czkawkę?

Czkawkę ma bardzo wiele ssaków, jednak zawdzięczamy ją rybom i płazom. Pień mózgu wysyła impulsy nerwowe, pobudzające do pracy kilka mięśni, w tym przepony. Jednak na te impulsy reagują w naszym ciele komórki odpowiadające za oddychanie, a w przypadku ryb za wentylację skrzeli. Z tym, że ryby są doskonalsze pod tym względem. Ich połączenie nerwowe wiodące do skrzeli jest krótkie - nerwy ryb łączą się z gardłem i skrzelami są tuż przy pniu mózgu, co oznacza, że niewiele może zakłócić im to połączenie. U ludzi jednak jest inaczej, obwody nerwowe muszą pokonać bardziej skomplikowaną drogę - od mózgu do szyi, u podstawy czaszki, potem do klatki piersiowej, gdzie łączą się z mięśniami piersiowymi i przeponą. Rezultat takiej budowy jest prosty - cokolwiek co zakłóci ich pracę na tym dystansie, objawia się czkawką.

Sama czkawka to skurcz mięśni oddechowych, po którym gwałtownie wciągamy powietrze, następnie głośnia zamyka się i blokuje drogi oddechowe. Procesowi temu towarzyszy znany nam wszystkim dźwięk. A on jest z kolei dziedzictwem kijanek, które oddychały za pomocą i płuc i skrzeli. Gdy kijanki wciągają wodę do gardła i skrzeli, zamykają głośnię, nie pozwalając, by do płuc dostała się woda. Tyle, że dzięki temu - czyli czkawce - kijanki oddychają, a my się męczymy i wydajemy śmieszne odgłosy.

Ze względu na powinowactwo z rybami, wielu mężczyzn cierpi na przepuklinę pachwinową. Podczas rozwoju płodowego ludzkie gonady są położone wysoko, przy wątrobie, jednak podczas rozwoju przesuwają się one coraz niżej, aż do moszny. Torując sobie drogę przez ciało, zostawiają pustą przestrzeń, do której może dostać się kawałek jelita cienkiego, wypchniętego z jamy brzusznej - i już mamy przepuklinę.

Ciało człowieka nie jest idealne. Proces ewolucji do stadium homo sapiens można porównać z przerobieniem volkswagena garbusa na najnowszy model mercedesa. Szkielet i wnętrze zostały ulepszone tak jak w mercedesie, jednak gdy spróbujemy się zanadto rozpędzić, to niechybnie zabraknie nam mocy.

Angel-a.

Mosty, tak, mosty nad Sekwaną.

Miłość tam mocna kwitnie rano…

Coś, co niemożliwym staje się.

Nad Sekwaną, w piękne dnie…

Wysoka jej sylwetka blond.

Czy to racja? Czy to błąd?

Nad mostami śpiew anieli…

Nad Sekwaną, gdzieżeśmy zasnęli…

Nad ciepłotą naszych ciał spragnionych,

nad łaską Bożą snów nieuniknionych…

Mam na imię Maciek i jestem wolny.

Tak, jestem Maciek, Twój niewolnik.

Nad Sekwanę nocą późną,

światła wieży i ich blaski miasta,

Dlaczego?

Dlaczego szczęście wciąż za późno?

Dlaczego każde linia na mej dłoni tak Twoja, Twego jestestwa?

Dlaczego patrzę wśród tych snów spragnionych,

leżeć przy Twej którejś stronie…

Dlaczego każdy obraz, nawet niewyraźny,

tak jest jasny, tak Twoją osobą pokaźny,

Dlaczego chwieję się z wysiłku niemożliwego,

gdy słowa są już w swoim biegu…

Gdy już się nic nie zmieni, gdy zaśniesz spokojna,

choć noc dla mnie nadal strasznie niespokojna…

Kochanie, miłości ma jedyna.

Dość już ulotnień.

Czeka na nas rzeczywistość jedyna.

Jedna i ta sama, zmagań ulotnień.

Nic nie uda mi się zrobić w tejże kwestii,

że Cię kocham najwznioślej w świecie,

gdybym obsypać miał Cię kwieciem,

to by miejsca nie starczyło w świecie…

Wybacz, koniec. Wybacz, darmo cały czas próbuje

wyzwolić się z miłości nawet nie spróbuje.

Jest taka, cóż, to przeznaczenie.

I ta gwiazda w tę noc spadającą, wyznacza przeznaczenie.

Nie zmieni się to nigdy,

wybacz, ale będę.

Zawsze.

I na zawsze będę Twoim pędem.

Kocham Cię, cóż, słowa tylko jednakie, zwykłe.

W moich ustach jednak wciąż niezwykłe,

niezdolnym zapobiec tego szczęścia łono,

które wyda owoc, cóż, że kwiatostany płoną…

Kochanie, wybacz, nie mogę kazać przestać mojej duszy,

gdy na moje wspomnienie ona się poruszy…

Nie mogę przestać kochać Cię nadwiernie,

Nie mogę, wybacz, kocham Cię.

Jest późno, trudny był ten czas

Zdarzał się będzie on niejeden jeszcze raz.

Ale trudno, wiedz, kochanie moje, że choć trudno,

to serce moje zawsze możesz odebrać za bezdurno.

Wybacz, moja droga, jak żem Ty pijany

jestem - to zła jest jednak droga.

Kocham Cię, i trudno, gdzieś mam resztę świata.

Padnę Ci do stóp - będę strugał średniowiecznego wariata…

Wybacz, moja droga, wybacz mi te błędy.

Wybacz te słowa nieśmiertelnej zachęty.

Wybacz kroki, ścieżki wskazywane

Wybacz wszystkie rany Ci zadane.

Wybacz niecierpliwość, tak ludzką, tak męską,

która do pukania w Twe bramy zachętą.

Wiem, już milczę, dość słów.

Wiedz, 9 maj, wtedy porozumiemy się bez słów.

Kochanie, uciekam w sen niespokojny.

W śnie tym znowu niestety prowadzę swe wojny.

Kino… Kino francuskie moim zbawieniem.

Jestem czy nie jestem? Dla Ciebie brzemieniem?

Pamiętnik palacza.

Dobra, misie kolorowe, dziś się wybrałem na tak zwanego tripa lub na edwenczyr. Jak kto woli.

Opowieść z podróży.

Wstałem, ubrałem się, rzuciłem się po piłkę, założyłem buty i w drogę. Wziąłem kilka złotych na papierosy, które były głównym celem mojej wyprawy. A jako, że mieszkam na cholernej wsi, to musiałem się troszeczkę, kurwa, przejść. Na początku stwierdziłem, że pobiegnę, ale na śmierć zapomniałem o tym, że jestem palaczem. No i zanim dobiegłem do drogi na Bełchatów, byłem zdyszany i ledwo żywy. Trudno się mówi i kocha się dalej.

Znalazłem kij, obdarłem go z gałązek, wziąłem i próbowałem nadaremnie złapać okazję do Bełchatowa. Przeszedłem jakieś dwa kilometry - ni chuja nic nie jechało - a jak jechało, to nie chciało się zatrzymać. Stwierdziłem, że może w Korczewie będzie sklep. Nie było. Za to porozmawiałem z dwoma osobnikami płci żeńskiej(to poznałem po głosie, żeby nie było), które potem mnie poszczuły psem. Sklepu nie było, więc wróciłem na główną drogę i z naiwnością dziecka próbowałem złapać okazję. Nie udało się. Zbliżyłem się więc do kolejnej wsi - Dobiecina - myśląc, że tam będzie sklep otwarty. Oczywiście, kurwa, zamknięty. Idę dalej, idę dalej, zobaczyłem grupę młodzieży(16-20 lat) stojącą i przypatrującą mi się ciekawie. Znalazłem na ziemi stary, zabrudzony nóż. Zaczęli się ze mnie śmiać, no to polazłem dalej. Cały, kurwa, czas próbując złapać okazję.

Ale nie!

Te stare dziady, stare pryki nie chciały mnie zabrać. Wreszcie, gdy już prawie doszedłem do Bełchatowa, zabrał mnie jakiś długowłosy palacz. Swój znaczy! Nie dał mi fajek, ale mnie podrzucił do miasta. Znalazłem E. Leclerc. Oczywiście zamknięty, no bo jakże inaczej? Sprawdziłem. Spóźniłem się dokładnie 4 minuty.

No to idę dalej, szukam monopola, Bełchatów - duże w miarę miasto - monopol powinien być. A tu nagle, całkowicie zaskakująco zza rogu wyłoniła sie cudna, kochana, uwielbiana, boska Żabka. Wziąłem i kupiłem fajki (Pallmalle zielone, mentole, takie śmieszne z wizjerem na fajki, coby nie uciekały). Kupiłem, podzieliłem się tym, że drałowałem jak głupi przez 8 km, żeby kupić fajki. Zakupiłem też Nestea o smaku niby to cytrynowym, ale smakowało jak hibiskus plus jabłko. Sam nie wiem co to było. Aha, kupiłem też zapałki. Zapaliłem! Cudnie! Bosko! Idę, lansuje się po mieście, uśmiecham się do kobiet, wracam znaczy do domu - czyli znowu na okazję.

Idę i idę. Idę i idę. Kurwa, wciąż idę. O, jedzie coś! Macham. Pojechał. Chuj. Idę dalej, zapaliłem na przystanku, napiłem się. No i oczywiście, kurwa ich mać, zostawiłem zapałki na przystanku. Oczywiście zorientowałem się w połowie drogi do domu, gdy zachciało mi sie kolejnego papierosa. Trudno, kurde, idę. Znowu mijałem młodzież niemiastową.

Warto zauważyć, że mam lanserską, lustrzaną piłkę Najki, która przyciągnęła ich uwagę. Chcieli ją zobaczyć, więc im rzuciłem. Zobaczyli, odrzucili. A potem dali mi ognia. Znowu paliłem, cudownie!

Ale też znowu szedłem do domu, znowu kurwa niczego nie mogłem złapać, więc generalnie olałem to bezsensowne zajęcie i skręciłem na wieś zwaną Zwierzchów, przez którą przeszedłem i znalazłem się na drodze do Postękalic, czyli miejsca mojego zamieszkania. Dotarłem, po niemałych trudach, do domu. Ale dom zamknięty. Mam klucze czy nie mam? Oczywiście, nie mam. Dobra, dzwonię. Nie odbierają cholery jedne. Biorę mój sprzęt - piłkę Najki - i rzucam w okno. Cztery razy nie trafiłem w ogóle w okno(2 razy za nisko, dwa razy za wysoko). Za piątym razem trafiłem. W termometr przy oknie. Ten się rozjebał i spadł na ziemię. Pech jak chuj, jak mawiają widma.

Dobra, dotarłem. Jestem przed kompem, zaraz idę po piwo i kontynuuje moją walkę.

A teraz wnioski.

Wniosek numer jeden - ludzie mający samochody to chamy i psy ogrodników. Mają wolne miejsca, jest kurfa jasno, jest ciepło, ale nie zabiorą. Czemu? Najstarsi Indianie tego nie wiedzą.

Wniosek numer dwa - kozy wydają z siebie kozie dźwięki, tylko gdy masz wyłączony telefon. Jakbyś chciał zadzwonić do znajomej o ksywce Koza, to zapomnij. Będą patrzeć na Ciebie idiotycznie i skubać trawę.

Wniosek numer trzy - w mieście śmierdzi.

Wniosek numer cztery - muszę, kurwa, znaleźć klucze do domu.

Wniosek numer pięć(najważniejszy) - MAM FAJKI!

Jelitowe symfonie D-up.

Zaprawdę powiadam Wam: Nie jest, kurwa, dobrze.

Czuję się jak przeżuty, wypluty, zdeptany pasożytniczy wypierdek, zdominowany przez dziwaczne, a przy tym bardzo sugestywne odgłosy żołądkowe. Są ciekawe, nie powiem, czasami mam wrażenie, że układ trawienny mój jest swoistym melomanem, który buntuje się przeciwko wyłączności uszu na słuchanie muzyki. No i kurwa, zaczął strajkować.

Rzygam na potęgę. Wszystko mnie boli. Gorączka. Debile na gg trują o wielkich murzyńskich pałach(taaa, niby hetero, a tylko w fjutach umie gadać…). Łeb ciężki jak po 0.7 Bolsa czy innego gówna z tytułem wódka.

W ogóle, to pierdolę to wszystko, idę na fajkę(zwymiotuje z okna, haha! i tak starzy wynajęli malarzy, to nic nie szkodzi, że pomalują jedną ścianę więcej), potem idę spać.

Aha, panie Angielski, profilaktycznie, panu chuj w dupę życzę na noc.

Włosy.

Bo najlepszy sposób na dziewczynę - zrobić sobie z włosów pelerynę.

No kurde! Coś w tym jest. Dobra, nie śmiać się, a brać to na poważnie. Analogicznie do tekstu piosenki Elektrycznych Gitar, do słów Kuby Sienkiewicza, powiem, że noście długie włosy! Niezależnie czy jesteście starzy, młodzi, brzydcy, grubi, ohydni, paskudni, piękni - noście długie włosy!

Jak to się mogło stać, że przez dobre dziesięć wieków(jeśli nie dłużej) panowała moda na długie włosiska, na opadające kurtyny włosów, a teraz większość ludzi nosi włosy krótkie, a gdyby tego było mało, to widzę coraz więcej kobiet z krótkimi włosami. Przecież to nieludzkie tak traktować swoje szczeciny, ścinać je, a co dopiero golić!

Sam noszę włosy długie do sutów. Zapuszczam około dwóch lat i nie żałuje ani jednej chwili. Co z tego, że przez pół roku wyglądałem jak Chopin czy Wodecki, co z tego, że wpadały do oczu, przeszkadzały, że się im groziło, że niedługo się je zetnie, że się na nie przeklinało, że za długie, że wypadają i wpadają do zupy(mniam) - długie włosy są boskie.

A już moje długie włosy są naprawdę boskie. A co! Mogę się pochwalić tym, co mi najlepiej w życiu wyszło.

Dobra, jak będę miał aparacik jakiś ciekawy, to rozczeszę moją lwią grzywę i Wam pokażę, dziś jednak zaszczycę Was tylko opisem.

Długość: Normalnie do sutów, gdy są wysuszone i rozczesane. Gdy nie są rozczesane, to noszę je związane, wtedy jednak się paskudnie kręcą.

Kolor: Z uporem śmiem twierdzić, że one nie są rude, a PŁOWE. Nikt mi nie wierzy. Zresztą, długie, falowano-kręcone rude włosiska wzbudzają taką sensację, że ho ho. Rudzi - zapuszczać włosy, ale już!

Dotyk: No i tu powstaje problem. Ludzie mi nie wierzą, że nic z nimi nie robię. Czy fakt, że w dotyku przypominają raczej perukę niż normalne włosy coś znaczy? Co z tego, że są sztywne i jest ich kurwa tak dużo, że pomimo wypadania średnio 100-200 dziennie, nadal mam ich całą kupę na łbie?

Plany ad włosów: Myślałem o dredach, ale nie uchodzi poważnemu, eleganckiemu młodemu człowiekowi nosić dredów. Poza tym, słyszałem, że w dredach lęgną się larwy czy inne paskudztwa natury robaczej, więc wolę nie ryzykować. Zapuszczę się jeszcze ze dwa lata, żeby sięgnęły bioder, a potem je zetnę i wystawię na allegro!

Dla łysych: Tak, tak, dam Wam znać.

Plusy długich włosisków: Stanowią swoisty hełm przed obrażeniami głowy. Dostawałem wielokrotnie w łeb pięściami(walka o żarcie w szkole), kamieniami(walka o… eee? poglądy?) i nic nie czułem. Absolutnie nic. Może to zasługa pierwiastków tytanu w mojej czuprynie, ale myślę, że przy odpowiednim niedbaniu o włosy uda się Wam coś takiego wyhodować.

Kolejnym plusem długich włosów jest niewątpliwie możliwość zabawy nimi. Przyznawać się! Kto okręca je wokół palców, kto robi z nich pętelki, kto robi z nich sznury czy stryczki?

No i oczywiście, wzbudzanie uwagi. Jak można nie zwrócić uwagi na kogoś, kto majestatycznie odrzuca lwią grzywę do tyłu? No jak?

Bogowie, kończę, zrobiłem błąd ortograficzny. Shame on me.

Czus :)

Ścinam płatki róż.

Dobra, nie powiem, jestem cholernie zadowolony tak samo z wyników mojego sprzątania, jak i moich dzisiejszych rozmów. Rozmowy oczywiście jeszcze się nie skończyły, w końcu moje wpisy są formą rozmową z Wami, czytelnikami, ale nie chodzi o coś, co było cały czas, a o to, co powróciło po półrocznej przerwie.

Generalnie malujący się jutrzejszy dzień jest fatalny, do dupy, do kitu i w ogóle syf, ale nadal się cieszę. Mam wszystko, czego mógłbym chcieć. Jestem człowiekiem szczęśliwym, cieszącym się z tego, co mam i z tego co w najbliższym czasie osiągnę ( przy niedrobnej pomocy moich rodziców). Zaczęła się dla mnie prawdziwa, kwitnąca, pachnąca, wzbijająca się nad niebiosa w swych pięknych kwietnych aromatach, wiosna. A tą wiosnę muszę - z racji mojego charakteru i urodzenia - przenieść na inne osoby.

Ścieżka wiosennej pogody nie jest jednak łatwa, de facto zbyt mało w tej chwili o niej wiem, żebym mógł zacząć działać, jednak czas nie nagli, czasu jest aż nadto, by wszystko ustosunkować na nadchodzącą wiosnę. Siła wyobraźni, siła dzikiej jaźni, o tak! Wiadomo, że potrzebna będzie kasa.

A, żeby była kasa, potrzebny jest sukces, jak najszybszy, jak największy, najlepiej jak najbardziej spektakularny. I taki będzie. W końcu mam szczęście, nie? Kurwa, czuję w sobie taką siłę, że mógłbym rozpierdolić pół mojej wsi(chłopy z widłami, strzeżcie się!) i drugie pół mojego najbliższego miasta(dresy i teknotłóki, strzeżcie się!). Ale siłę moją niedawno nabytą spożytkuje na myśli i plany, czasami rzucę okiem na romantyczne ideały, dawno minięte, dawno zapomniane.

Chyba pójdę na spacer. Wedle “Sensu Życia wg Monty Pythona” trzeba dużo spacerować, więc się zastosuje. Pójdę w okoliczne lasy, pogonię jelenie, potańczę z wilkami, ponabijam się z krukami.

Naturo, właśnie posadzona, przez zimę odtrącona,

szczędź gorzkich słów trzech czy dwóch,

zamień nam zimę w jasny wiosenny nów.

I nie odchodź, boś niezastąpiona.

Och, malutka Naturko, maluteńka skierko życia,

zostań chwilę z nami, napij się z nami wina,

że zima, przecież to nie Twoja wina,

Tyle, że włóż w nie troszkę życia.

O ja pierdolę! Co za bałagan!

Tak każdy zareagowałby, gdyby zobaczył mój piękny pokój. I nie pieprzcie, że macie gorszy.

Nie macie.

Stan pokoju przed sprzątaniem.

Region łóżka: W łóżku znalazłem dwa podręczniki, do niemieckiego i do wiedzy o społeczeństwie. Co tam robiły? - nie mam pojęcia. Za łóżkiem znalazłem radio i kota(nadal żywy, tylko tam spał). Przy łóżku znalazłem jakieś 156 gazet/magazynów/czasopism zaczynając od Agory, Wyborczej, Newsweeka, Focusa, skończywszy na kilkudziesięciu SiDi-Ekszynów. Oczywiście stan gazet - fatalny. Poza tym kilka książek, od ambitnych w stylu Boskiej Komedii(zabranej bezczelnie ze szkoły), po idiotyczne, ale w sumie przypominające o dzieciństwie, Giganty(Kaczor Donald i reszta spółki. Znalazła się tam też fantastyka w postaci Achai. Aha, pod poduszką znalazłem 40 stron opisu sesji do Wampira Maskarady - stan wyjątkowo dobry. Tylko grać i prowadzić.

Okolice fotela: Sporo podręczników, ot tak, leżały na podłodze i kurzyły się. Kilka zeszytów do wszystkiego, kilkanaście kartek a4 z historią i angielskim i mnóstwo śmieci. Dużo ubrań walających się po fotelu, większość ( z czystego lenistwa) powędrowało do prania. Znalezione pięć złotych. I dwie płyty SiDi, które niestety nie pasowały kolorem do pozostałych, więc powędrowały do kosza.

Okolice barku/regału/jakkolwiek to nazwać: Dużo różności, typu rachunki, wyciągi z banku, różnego rodzaju leki, od Nospy po Zoloft, reklamówki z apteki, kilka śmiesznych kropli Visine(jednak nie działają, oczy nadal czerwone), stare, podgrzane za mocne pączki Bliklego, resztki kawy z cynamonem. Na dole kupa podręczników, leżąca w malowniczej stercie. Barku nie sprawdzałem. Wolę nie wiedzieć co się tam czai i co tam mogło ożyć.

Okolice biurka: Dobra, pierwsze co się rzuca w oczy, to ośmiorniczka i kupa, porozwalanych kart Magic The Gathering(przy okazji, chce ktoś kupić?), Strachy na Lachy, ileś tam SiDików z grami, które się niestety nie nadawały do przyklejenia na ścianę, papierosy, popielniczka(jestem geniuszem, zrobiłem sobie popielniczkę), ołówki ze złamanymi rysikami, wypisane długopisy, zapalniczka charakterystycznie żółta, moje dziwaczne rysunki z pogranicza szaleństwa i kątomierz(?!). Aha, korek popiołu. I oczywiście wszędzie latające moje włosy(kto zna mnie i moje włosy, to wie o czym mówię), są kurde wszędzie, dobrze, że teraz mokre, więc utraciły zdolność do latania(ciekawe, swoją drogą, na jak długo?)

Środek pokoju: Dobra, tam teraz leżą różnego rodzaju śmieci, zaczynając od puszek po piwie, pustych plastykowych butelkach po napojach, pustych kartonów po sokach, puste paczki fajek, zużyte chusteczki higieniczne, ręczniki papierowe, zapisane bazgrołami kartki, posmarowane ośmiorniczką karty Magic The Gathering i inne śmieciowiska. Dodajmy do tego kłaki moje i kota na dywanie, różnego rodzaju i kształtu paproszki i pierdółki.

Okolice wieszaków: Kurde, stwierdzam, że mam za dużo koszul i płaszczy. Albo przydałaby mi się szafa, bo na wieszaku się to zwyczajnie nie mieści. I wszystko takie nieładne, pogniecione i w ogóle syf. Muszę wymyślić jakieś remedium na ten problem. Sugestie jakieś macie, drodzy Czytelnicy(kłamię)?

Dobra, czas posprzątać ten burdel.

Napiszę jak wygląda mój pokój po sprzątaniu.

Tymczasem!

Choas

Wczorajszym wieczorem usiadłem przed telewizorem z zamiarem niebagatelnym, bo z zamiarem obejrzenia Labiryntu Fauna, który jednak nie pojawił się - tak jak oczekiwałem - na Canal+ Żółtym. Tak więc, zrezygnowany, nieco zirytowany moją arogancją, która nie pozwoli mi sprawdzić, czy aby na pewno Labirynt znajdzie się na ekranie. Zacząłem szukać czegoś ciekawego do obejrzenia, no i znalazłem Klub Dzikich Kotek(akcja opiera się na organizacji klubu, gdzie można by uprawiać seks ze starymi kobietami : o ), ale też znalazłem polską perełkę kinematografii, zwaną krótko, dobitnie, nieprzypadkowo - Chaos.

Oglądając sam początek, przed zatytułowaniem filmu, można dojść łatwo i przyjemnie do tego, że rzeczywiście film będzie zdominowany przez Kejos. I tak też było. Początek, ckliwy, wielki, idiotyczny w swym wykrzykiwaniu piosenek ( ” I’m antichrist!” ), potem seks z 16 latką, zebranie w dziób, kopanie leżącego i wyjazd do Niemiec. To tylko początek jednego z trzech głównych bohaterów naszego Kejosu.

Anarchista imieniem Niki, prawnik międzynarodowej korporacji Sławek i Blondas, handlujący kurtkami dres na Stadionie M-lecia - trzech braci, których - jak sami widzicie - niewiele łączy, a dzieli więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Dodatkowymi(bardzo) istotnymi postaciami jest Mania, zakochana po uszy w Nikim i Hanna von Bronheim, kusicielka, demonstrująca prawdziwe narzędziowe wykorzystanie seksu.

Akcja filmu składa się z epizodów, niejako łączących się ze sobą, które to dotyczą trójki braci. Niki, przebywając w Niemczech, razem z grupą anarchistów kradnie ciężarówkę z wódką, którą wymienia na kasę i marihuanę. Jedzie następnie, wiedząc, że Niemczech jest spalony, do Polski. Pali zioło w autobusie, zasypia, potem zmuszony jest do uciekania przed celnikami. Pojawia się w Warszawie, napotykając od razu Sławka.

I tu mamy pierwszy przykład antagonizmu między braćmi.

Sławek krzyczy: “Niki!”, potem pada na ziemię jebnięty przez braciszka. Poznajemy następnie Blondasa, trzeciego brata, podczas wizyty u ojca, który nagle zapragnął poznać swoje dzieci. Wyjęte z życia, ojciec nie mający czasu na wychowanie dzieci, po lat 20 zaczyna się nimi interesować. Zostaje olany. Dziwne, nieprawdaż? Aha, antagonizm między braćmi narasta po wyjściu od ojca - Niki i Sławek dostaje po ryju.

Nagłe wzrosty, nagle nominacje i propozycje, nagłe spełnienie się marzeń, nagłe szanse na lepsze życie generalnie są marnowane przez wszystkich bohaterów, zawsze ulegających niskim popędom, co wydaje się być całkiem zrozumiałe biorąc pod uwagę Nikiego i Blondasa, ale nie - do cholery - w przypadku Sławka, który jako prawnik powinien nie ulegać pokusom. A tymczasem pieprzy żonę swojego szefa, upija się do nieprzytomności, daje się okraść - ogólna degeneracja, upadek moralny, brak silnej woli.

Smaczku Kejosowi dodają znani aktorzy jak Borys Szyc, Henryk Gołębiewski czy Paweł Wilczak, wcielający się w postacie stanowiące przykład najróżniejszych zboczeń czy obsesji, a przy tym nadal będący wiarygodnymi prawie-że normalnymi ludźmi. Zepsuty, zaplątany w towarzyskie zabawy menadżer Tesco, ojciec-morderca czy oszalały na punkcie Mani żołnierz, przyjaciel od piaskownicy.

Od strony technicznej film jest doprawdy bardzo dobry, aczkolwiek uśmieszek politowania budziły u mnie animacje komputerowe, które zupełnie nie pasowały do reszty realizacji. Ale to w sumie maluteńki detal, który można przełknąć bez większego skrzywienia się.

Pomimo tego, że bohaterowie - jak to w życiu - raz są na dnie, a kiedy indziej się wspinają na wyżyny swojej grupy społecznej, to każdy z nich w końcu źle kończy. Na wszelkie sposoby próbują, na wszelkie sposoby walczą wewnątrz drabiny społecznej, a ostatecznie i tak upadają. O jakże żałosny jest los ludzki w tym filmie. I jakże przypomina normalne życie.

Jeszcze co nieco o kreacjach bohaterów.

Sławek - jak dla mnie najbardziej żałosna postać z całego filmu. Ulega wszystkiemu, ulega każdemu, jest słaby, jest żałosny. Waha się się przez cały film, w końcu traci praktycznie wszystko. Ale! Zostaje bohaterem narodowym.

Blondas - bardzo dobrze wykreowana postać dresa, mającego swój rozum i swoje bardzo trzeźwe postrzeganie rzeczywistości. Pomimo, że należy do zbiorowości, która jest oceniana jako banda pijanych/naćpanych idiotów, to zachowuje najwięcej cnót z całej trójki braci. Ma czas dla rodziny, przejmuje się nią, pragnie jej, zrobi dla niej wszystko. Bardzo pozytywna postać.

Niki - de facto główna postać całego filmu. Jej poświecono najwięcej czasu, co oczywiście musiało się odbić na mojej jej ocenie. Poznajemy tego bohatera od podszewki. Uciekający wiecznie przed kłopotami, wiecznie w nie wpadający, związany z ruchem, który z upodobaniem się bierze po ryjach, zakochany bezgranicznie w Manii, z którą w końcu jest, ciesząc się wolnością, jaką żadne z Was na pewno nie doświadczy(w końcu nie jesteście idiotami, prawda?). Ostatecznie bardzo tragiczna postać. Za wolność płaci niewyobrażalną cenę.

No i wreszcie ocena.

Bardzo miłe zaskoczenie Kejosem, wciągające, pokazujące upadek moralny każdego z nas, byleby tylko dostać się wyżej i wyżej, byleby tylko osiągnąć szczęście i dobrobyt. Gra aktorska na medal, zwłaszcza nieznanych wcześniej aktorów, którzy powinni częściej pojawiać się na srebrnym ekranie. Smaczek w postaci znanych aktorów, wcielających się w epizodyczne role. Piękne pokazanie polskiego społeczeństwa, drogi na szczyt, a potem spektakularnego upadku. Piękne odwzorowanie i ukazanie zawodów, z którymi wcześniej rzadko można było się spotkać na ekranach czy to kin czy telewizorów, takich jak kurwy czy handlarzy na Stadionie M-lecia. Bardzo realistyczne podejście do używek w filmie, każdy tam coś bierze, coś ćpa, coś pali, coś pije.

Ogółem, bardzo dobra polska produkcja.

Na koniec obsada głównych ról:

Blondas - Bolec.

Sławek - Sławoj Jędrzejewski

Niki - Marcin Brzozowski

Mania - Maria Strzelecka

Hanna von Bronheim - Magdalena Cielecka

Rysowanie po ścianie.

Dobra, jest noc, mam pod ręką picie, to co najważniejsze, papierosy, ewentualnie jakąś zapalniczkę, klej ośmiorniczkę, ręczniki papierowe, korek, dwa długopisy(jeden nie działa), monitor, myszkę, klawiaturę(zdumiewające, ne?), głośniki, lampkę, Newsweeka, jakieś pismo z PKO, podręcznik do fizyki i inne cuda.

Tak sobie myślę, że mógłbym z wielu tych rzeczy zrobić całkiem inne - równie ciekawe, mam nadzieję - rzeczy, mogące mi udekorować miejsce, w którym spędzam czas wolny i czas niewolny, czyli najprościej się wyrażając - czas nauki. Płyty sidi smarowałem ośmiorniczką, potem przykładałem do ściany, by odbijały i rozpraszały światło, a więc setki wydanych złotych udekorowało jeden z trzech skosów w moim pokoju, który teraz wygląda może nie ładniej, ale na pewno oryginalnej. Na jeden skos zużyłem 147 płyt sidi, kolejne 24 zużyłem na udekorowanie kolejnego skosu, jednak smutny  fakt (bardzo mnie to gryzie…) skończenia się surowca przerwał mi jakże owocną, jakże miłą, jakże upierdalającą ręce, pracę. Zagadałem więc do przyjaciela, żeby zobaczył czy jakieś jego sidiki mógłbym dostać i szybko, bez zwlekania ni opieszałości, przykleić na ścianę czy na ten śmieszny ściano-sufit. W drodze negocjacji udało mi się dostać odpowiedź zdecydowanie pozytywną, która zakładała poszukanie zepsutych/niechcianych sidików i przekazanie mi przy najbliższym spotkaniu. Wyruszając wczorajszego wieczoru do pubu nie mogłem zabrać ze sobą sidików z powodu niebezpieczeństw, które mogły je spotkać, z powodu mojego niewydarzonego i pijanego pyska. Tak więc sidiki zostały daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, jednak nadal czekają na moją osobę, która niezwłocznie, bo już we wtorek je odbierze i przyklei na ścianę znakomitym produktem klejącym, któremu sam Poxipol dawał gwarancję - chodzi oczywiście o ośmiorniczkę. Do końca moich dekoracyjnych prac pokojowych potrzeba mi na oko jakieś 1200 sidików, a to jest zaiste spora liczba plastykowych krążków, którą ja sam na pewno nie uzyskam. Dlatego zwracam się do Was z prośbą:

Przyślijcie mi SIDIKI!

Nawet jestem skłonny podać mój adres, chociaż istnieje prawdopodobieństwo, że mnie znajdą Ci, którym nie sprzyjam(i vice versa) i zwyczajnie pewnego nieszczęśliwego dnia nie dojdę do domu. Trudno.

Maciej Radomski

ul. Budryka 16/81

Bełchatów 97-400.

Z góry dzięki :)