header image
 

Rozdział Pierwszy - Uwolnienie.

Szukanie, zaiste, drogą do celu jest

Szukanie wytrwałe, szukanie ma ten gest,

że kiedy już znajdziesz, osiągniesz cel,

wtedy w plecy uderzy Cię noża kieł.

Gdy znalazłeś, szczęśliwy, swoich nocy marnych

istnienia celu, tych bezprzykładnych

Spełnienie z Niebios na łeb na szyję spada

Oj, biada, Tobie, człowieczku, biada.

Wszystko rozbiło się o istotę istnienia,

Ty żyjesz dla celu,

inni chcą uciec od zatracenia.

Ty marzysz o nadejściu dnia następnego,

oni chcą kolejnej ich władzy epoki,

i nie zawahają się podjąć odpowiednie kroki,

byś Ty, mój drogi śmiertelniku, sczezł jak wielu.

Och, magia – powiadasz. ścieżek znasz bez liku,

Myślisz więc, że staniesz bestiom w przełyku?

Myślisz, że zbawi Cię Twoich ścieżek moc?

Myślisz, że będzie ona jak ochronny koc,

Który odrzucony przez silniejszych,

Staje się narzędziem uzurpacji osób żałośniejszych?

O nie, śmiertelniku, o nie, drogi głupcze,

Niech nic Cię nie martwi, niech nic nie kłopocze,

Bo i tak świtu nie doczekasz w tym miejscu,

W którym bogowie marzą o szczęściu,

W którym Tiam dzieci prostują swe skrzydła,

I lecą stąd, bo przez Ciebie okolica ta zbrzydła.

No cóż, mój drogi, żegnaj się z życiem.

Oto Ścieżka Dróg, cała w swym rozkwicie.

Martel Wierny

Rozdział Pierwszy – Uwolnienie

Cesarzu zapomnienia, wzywam Cię z pokory,

Cesarzu kresu myśli wszelkich, do łaski nieskory

Władco ciał zimnych i dusz wyklętych

Strażników przepaści i dróg pokrętnych

Przybądź na moje wezwanie,

I ześlij śmierć na mnie.

Cesarzowo krańca uczuć, wzywam Cię z pokory,

Cesarzowo żałości końca, smutne Twe twory,

Pozbawione życie, jako i moja osoba,

Gdy już doszedłem tam, do swojego boga,

Za Bramą Śmierci czekają na mnie bliscy

Od wieków martwi i od robaków śliscy.

Heroldzie przeklętych, usłysz wołania,

Przybądź na czas, szczędź nam gadania,

Ześlij na nas śmierć, o wielki panie,

Przybądź, o wielki, na nasze wezwanie!

Pierwszy Hymn Ku Bliźniaczej Śmierci,

autor nieznany.

Nosgoth jak zwykle było zasnute ciężkimi oparami mgły i dymów z okolicznych hut, które razem tworzyły szarobiały obłok wiszący nad ulicami miasta. Wąskie brukowane uliczki, w dzień tak pełne i żywe, teraz pustoszały z każdą mijającą chwilą. Ostatni kupcy, rzemieślnicy czy po prostu mieszkańcy Nosgoth śpieszyli do swych domów – wiedzieli, że po zmroku na ulicach nie jest bezpiecznie.

Ivellios Sznur nie bał się żadnych rzezimieszków; Ivellios był Tancerzem Spirali – jego imię wszyscy wymawiali z szacunkiem, który graniczył nierzadko z krańcowym przerażeniem. Sznur stał, oparty nonszalancko o jakąś wysoką kamienicę i obserwował przedstawicieli różnych ras, od wielkich i potężnych krasnoludów, poprzez chudych i enigmatycznych elsanów, na zwykłych ludziach kończąc. Jakiś mężczyzna spojrzał na Ivelliosa badawczo, ale zaraz potem odwrócił wzrok z grymasem szoku na twarzy.

Otóż Tancerz Spirali nie był zbyt przystojny – on zwyczajnie nie posiadał coś takiego jak twarz. Nie miał ani oczu, ani uszu, ani nosa, czy ust, tylko zwykłą skórę, ot, może nieco bardziej zadbaną niż większość ludzi. To bardzo niepokoiło wszystkie istoty, z którymi Ivellios miał do czynienia, widok czaszki pozbawionej twarzy dla wielu osób jest zbytnim obciążeniem psychicznym. Mężczyzna również niepokoił otaczających go ludzi swoim wyglądem.

Był wysoki i dość potężnie zbudowany, widać było, że umie komuś rozkwasić nos, jeśli zechce. On jednak nigdy nikomu nie rozkwasił nosa – od razu sięgał po swoje ostrza, by po raz kolejny wypróbować ich ostrość. Teraz te krótkie, zakrzywione narzędzia śmieci spoczywały w pochwach i dawały o sobie znać cichym brzęczeniem. Ivellios nie słuchał brzęczenia.

Słuchał ulicy.

Ktoś otyły szedł zaułkiem, nosił torbę. Nieco dalej ktoś biegł, szybko, utykał na lewą nogę; kot spacerował cichutko po dachu kamienicy, o którą się opierał Tancerz Spirali. Szczur wysunął bezgłośnie pyszczek z kanałów, strącając trzy maleńkie kamyczki w dół, do kanałów i systemu kanalizacyjnego znajdującego się pod miastem. Z daleka niosła się pieśń, którą Sznur doskonale znał, którą ubóstwiał na swój makabryczny sposób. Ta pieśń zawsze niosła kogoś śmierć. Dzisiejsze nuty zostały wzbogacone i wersy, których Ivellios nie kojarzył. Było w tym coś niepokojącego, ale on tylko westchnął bezgłośnie.

Nagle wyskoczył w górę, odbił się od ścian pobliskich budynków i znalazł się na dachu, tuż obok czarnego kocura, który zwiał niespodziewanie głośno miaucząc. Ivellios tego nie słyszał. Jego sylwetka poruszała się z niesamowitą szybkością skacząc z dachu na dachu przez całe miasto. Aż do miejsca pieśni.

Aż do miejsca śmierci.

* * *

Gęsty, posiadający prawie fizyczną postać, mrok spowijał komnatę, której to filary łączyły się z legendarnymi Filarami Nosgoth, znajdującymi się prawie trzysta kroków wyżej. W tej ciemności, tak lepkiej i nieprzeniknionej, trwał zawieszony w czasie i przestrzeni pewien podróżnik z boską iskrą w duszy. Przed dwudziestoma tysiącami lat wpadł w pułapkę tego miejsca, która z czasem stała się jego ratunkiem przed zagładą.

Coś się jednak wydarzyło. Kara dobiegła końca.

Najpierw mrok rozproszyło maleńkie świecenie się znaku na dłoni podróżnika, potem zajarzyła się cała jego sylwetka, spowijając oślepiającym blaskiem całe pomieszczenie i dziewięć filarów, zdobionych misternymi ornamentami w starożytnych językach. Rozległ się dźwięk tłuczonego kieliszka z najdelikatniejszego szkła, który to przerodził się w odgłos upadającego na ziemię ciała.

Ciała, które zaraz się podniosło, otrzepało z kurzu i pyłu; potem wolnym krokiem powędrowało korytarzem wychodzącym z komnaty i znalazło się w wielkim labiryncie przejść pod Nosgoth.

Podróżnik wiedział jak iść, wiedział doskonale dokąd zmierza i co jest jego celem. Pamiętał te wszystkie przejścia, nieskończone schody, niekiedy prowadzące w górę, a niekiedy prowadzące do najciemniejszych czeluści ziemi.

Szedł tonącymi w ciemności korytarzami, wspinał się po szerokich marmurowych schodach, aż doszedł do pokoju, który pamiętał, jakby był tam wczoraj.

Pomieszczenie było okrągłe, każdy cal powierzchni został pokryty znakami w dziwnych językach, nie miało oprócz tego żadnych mebli czy innych przedmiotów. Miało za to lokatora, który nie miał twarzy, za to ubrany był w elegancki ciemnoszary wams, zdobiony srebrną nicią. Jego dłonie obejmowały rękojeści zakrzywionych, cicho brzęczących, ostrzy.

- Kim jesteś? – w jakiś sposób mężczyzna bez ust, dobył z siebie gardłowy, niemile brzmiący głos.

- Podróżnik. Wędrowiec. Znalazca – zależy jak na to spojrzeć, mój dziwny przyjacielu. – odpowiedział Uwolniony, skłaniając się lekko w jego stronę. Spojrzał na obnażone klingi. – Czyżbyś poszukiwał walki, przyjacielu?

- Nie jestem Twoim przyjacielem. Kim jesteś?

- Hm…, przedstawię Ci się moim prawdziwym imieniem, jeśli wolisz. Jestem członkiem starego i szanowanego rodu Rauliatharów, moja rodzina nazywała mnie Wędrowcem w Czasie. – odparł swobodnie Wędrowiec w Czasie, uśmiechając się lekko do mężczyzny bez twarzy.

Ten jednak nie odpowiedział; milcząc, patrzył na swojego rozmówcę, gdy nagle poruszył się, a wtedy zerwał się gwałtowny wicher, istny huragan. Beztwarzowy wtedy już biegł w kierunku Podróżnika, pokonał dzielący ich dystans w ciągu uderzenia serca, wyskoczył w powietrze i zawirował w powietrzu, tnąc swymi zakrzywionymi mieczami. Ostrza przecięły ze świstem powietrze, nie trafiając Wędrowca; agresor opadł w idealny przyklęk i zamarł w bezruchu.

Był zaskoczony.

- Naprawdę musimy rozwiązać to w ten sposób, przyjacielu? – głęboki głos rozległ się tuż za plecami mężczyzny bez twarzy. Ten ponownie wyskoczył w powietrze, zawirował ponownie, tnąc równolegle sztychami mieczy. Nic się nie stało.

Wędrowiec w Czasie stał sześć kroków od niego i obserwował go badawczo. Potem strzelił palcami lewej dłoni, a beztwarzowiec zachwiał się przed nagłymi, niewidzialnymi razami z powietrza. Znalazca się nie poruszył nawet o cal. Pstryknął drugi raz, a kopnięcie w krocze wyrzuciło przeciwnika na wysokość kilku metrów, potem pstryknął trzeci raz, a opadającego mężczyznę bez twarzy uderzył niewidzialny taran, rzucając go na ścianę komnaty. Wszystko trwało może dziesięć uderzeń serca.

Podróżnik uśmiechnął się pod nosem i podszedł wolnym krokiem do nieprzytomnego mężczyzny, obejrzał sobie jego miecze, a potem kopnął go silnie kilka razy w brzuch. Splunął białą flegmą na jego elegancki wamsik i ruszył do schodów, które wcześniej mu zasłaniał beztwarzowiec. Kolejny poziom labiryntu korytarzy i pomieszczeń leżący pod Nosgoth miał jednak pewne udogodnienie, o którym wiedział tylko Podróżnik. Na tym poziomie funkcjonowała winda, zasilana związanymi magicznie duszami. Nią można było dostać się pod samą powierzchnię Nosgoth.

Obok niego coś zawyło potępieńczo, gnając na łeb na szyję korytarzem. Wędrowcowi w Czasie mignął szary, zapaskudzony krwią wams i zniknął za rogiem. Wzruszył ramionami i musnął opuszkiem palca kawałek ściany, która natychmiast rozpłynęła się w powietrzu, ukazując kwadratową platformę i sporą dźwignię. Oczywiście Podróżnik mógł wykorzystać swoją moc i wznieść się do miasta, jednak wiedział, że moc przyciąga moc, a to zawsze jest niebezpieczne dla graczy niezorientowanych co się dzieje w wojnach pomiędzy Ścieżkami i ich władcami. Dlatego wszedł na platformę i razem z nią ruszył do góry.

Wysiadł z niej i od razu poczuł specyficzny, tak doskonale mu znany zapach kanałów Nosgoth, esencji tego miasta; poczuł istną rozkosz powonienia, które szalało z radości, gdy otrzymało tyle bodźców zapachowych. Nos Wędrowca nie wybrzydzał, wchłaniał każdy zapach jak najdokładniej, jak najbardziej szczegółowiej. Zgniłe ryby, ekskrementy, kocie szczyny, gnijące mięso bawoła rhuds, pomyje, których to złożoność zapachu powalała nos Podróżnika na kolana i kazała mu wołać o pomstę do nieba. Czuł już wiejący leciutko wicherek, który dodawał do zapachu kanałów, pewną dozę elegancji, zawierającej się w dymie z hut i zapachu mokrego bruku. Oraz strachu.

Idąc, wsłuchiwał się w rytm swoich kroków i dostosowywał go wedle swoich potrzeb, jego ciało było nierozerwalnie podległe umysłowi, a umysł Wędrowiec miał wyjątkowy. Teraz jego kroki były sprężyste, długie, pełne gracji i nonszalancji, zawierały w sobie groźbę i obietnicę, najważniejsze dwa narzędzia władzy nad śmiertelnikami. One właśnie zaniosły go do wyjścia, do jasnego punktu w ciemnych kanałów, jako do ostatecznego szczęścia z uzyskanej wolności, której Wędrowiec miał nigdy nie mieć, o której to już dawno zapomniał, której nawet nie był świadom.

Z pierwszym promykiem światła gwiazd padającym na postać Podróżnika, wypełnił go wielki zachwyt, spotęgowany widokiem miasta, które nie dość, że nie zostało zniszczone, to jeszcze najpewniej przeżywało lata swojej świetności. Wielkie słupy dymu wzbijały się nad miastem, gdy ogromne huty pracowały bez ustanku, przetapiając najróżniejsze metale. Kolosalne magazyny gromadziły się na horyzoncie świecąc naftowymi latarniami i odblaskami świec od szyb w oknach. Kamienice wyrosły przez ten czas na jeszcze większe, jeszcze bardziej niebezpieczne i jeszcze bardziej piękne. Każdy fragment frontu kamienicy był wykorzystany przez jakichś artystów. Na jednych były płaskorzeźby, na innych szkice węglem, na innych całe pejzaże.

Wtedy właśnie go dopadli. Gdy przyglądał się światu, rozumiejąc nagle, że odzyskał wolność, uderzyli.

Znienacka, niemiło.

Absolutnie niehonorowo.

Zza pobliskiego rogu wyskoczył ogromny niebieskoskóry mężczyzna z dwoma spiralnie zakończonymi rogami na głowie, dzierżąc ogromny topór wykonany z ciemnego żelaza. Nie wyglądał na takiego, który potrzebuje zachęty do walki, ale biegnąc w kierunku Wędrowca ryczał ile sił w płucach. Obok niego pojawiła się zadziwiająca postać – muskularny, wysoki jaszczuroczłek z piórem w pokrytej łuskami dłoni i z tomikiem, zapewne wierszy, pod pachą.

Z ulicy naprzeciw wyjścia z podziemi Nosgoth dobiegła Wędrowca muzyka, piękna i porażająca w swej straszności muzyka. Wzajemnie uzupełniające się nuty przebiegły przez umysł Uwolnionego i wypełniły go ekstazą, nieporównywalną z niczym czego przedtem doświadczył. Chwileczkę potem rozległ się gardłowy śpiew, bardziej przypominający okrzyk wojenny, sygnał do masowego mordu. Z dachów pobliskich kamienic na bruk opadły dwie identyczne postacie, dwóch ubranych w ciemnoszare wamsy mężczyzn bez twarzy. Ani jeden ani drugi nie miał swych oblicz, jakby zostały im je ukradnięte w okrutnej grze. Może i rzeczywiście tak było?

Wędrowiec nie wiedział. Patrzył na biegnące krasnoluda z toporem, słuchał straszliwej pieśni, która coraz to wyżej wznosiła się, aż przekroczyła możliwości ludzkiego ucha i skrystalizowała się moc, wyrywającą bruk z ulic. Obserwował bliźniacze klingi, które pojawiły się w dłoniach mężczyzn bez twarzy, które naraz rozpoczęły szybki śmiercionośny taniec, poprzedzony jednak krótkim, syczącym, słowem jaszczuroczłeka i machnięciem piórka w stronę Wędrowca.

Trzepot nie był zwykłym trzepotem, jak uświadomił sobie Podróżnik, był on trenem morderczych sztyletów, które całym stadem poleciały w kierunku Uwolnionego, potem uderzyła w niego straszliwa pieśń, wyrzucając jego ciało w górę, gdzie stało się celem ostrych jak brzytwy mieczy beztwarzowców, a potem głuchego uderzenia wielkiego topora krasnoluda. Sztylety cięły, kłuły, miecze boleśnie wgryzały się, topór rozczepił na dwoje powietrze, które pozostałe po Wędrowcu.

Stał dwa metry dalej, patrząc na nich ze zdziwieniem, sugerującym, że zaskoczony jest tak gorącym powitaniem. Potem skinął głową, jakby od niechcenia, i wyrzucił w przód obie ręce. Krasnolud i jaszczuroczłek polecieli z hukiem, uderzeni niewidzialnym czymś, na ścianę kamienicy, która stwierdziła widocznie, że ma dość i popełniła spektakularne samobójstwo, grzebiąc pod sobą ciała dwóch napastników. Beztwarzowcy spróbowali natarcia, jednak dwa uderzenia wierzchem dłoni w głowy skutecznie wytrąciły im z głowy jakąkolwiek walkę. Podreptali nieprzytomnie w bok i wpadli do rynsztoka, rozbryzgując zawartość.

- Pieśniarzu, mój drogi. Raczysz zaśpiewać jeszcze raz? Specjalnie dla mnie? – spytał Wędrowiec patrząc w uliczkę, z której przybyła muzyka i pieśń.

Nikt mu nie odpowiedział.

Nikogo już tam nie było.

A Wędrowiec musiał z kimś porozmawiać.

* * *

Postrzeganie różniło się od dawniejszego. Było inne. Obce. Na początku oszałamiające wielką szczegółowością obrazu, ale potem przygnębiające zwiększoną wrażliwością. Może to, co przez dobre dziesięć tysięcy lat nazywał więzieniem, nie było nim, a w istocie było schronieniem, miejscem na zebranie sił i przeczekanie czasów, w których miał prawo czuć się wiecznie zagrożony. Dlatego Wędrowiec niejako cieszył się z tego, że spędził dwadzieścia tysięcy lat bez świadomości swojego ego, jednak zasmucał go jeden wniosek.

Takich więzień już nie mogło być. Musiały być istnieć bliźniacze filary Nosgoth, a taka myśl sama w sobie była niedorzeczna. Wędrowiec wiedział, że filary sięgają samego wnętrza ziemi, samych trzewi, w których istoty tak ohydne i okropne, a przy tym tak potężne, prowadzą swe niekończące się wojny. Nie sposób byłoby nie zauważyć takiej konstrukcji. Chyba że…

Chyba, że Nosgoth nie jest jedynym kontynentem.

I to właśnie jest zaleta tego postrzegania, każda myśl była analizowana w torach, których jeszcze nigdy Wędrowiec w Czasie nie czuł, nigdy jeszcze nie patrzył na wszystko z boku, kompletnie odosobniony, kompletnie wyobcowany z tego świata. Jednocześnie czuł przejmujący żal nad losem milionów istnień, które musiały cierpieć katusze, czy to z powodu głodu, chorób, śmierci bliskich, skreślonych miłości czy z zdania sobie faktu, że się przemija. Kiedyś Znalazca był okrutny, kiedyś patrzył na tłumy swych poddanych i uważał ich za swoją własność, tak jak, nie przymierzając, psa czy kota. Wiedział, że może z nimi zrobić kompletnie wszystko, wiedział, że gestem może nakłonić tysiące ludzi do popełnienia masowego samobójstwa – i wtedy tak robił.

Ale teraz…

Teraz było inaczej.

Nawet wzrok nie działał prawidłowo, raz był przerażająco ostro, sekundę później kształty się rozmazywały, sylwetki stworów, których Nosgoth nigdy nie mogło widzieć malowały się w mgle, gdy wędrował nocnymi ulicami miasta. Majaczenia pijaków, których nie było, słyszał przy lewym uchu, a przy prawym ktoś krzyczał mu do ucha „Wyłom! Wyłom!” głosem pełnym satysfakcji i żądzy krwi. Ktoś stukał czymś denerwująco, ktoś mruczał ochryple z pożądania.

Delirium.

Och, te moje delirium tremens.

Duch Filarów Nosgoth

Żeby łaskawie się nam wszystkim żyło,

Żeby we mnie panowała miłość,

Żeby dzieci miłe były i zdrowe,

Żeby myśli nasze były zawsze gotowe.

Do śmierci zdążamy, do stagnacji zmierzamy,

W nicości zapomnienia szukamy,

W czeluści wspomnień za rzadko trwamy,

Miłością taniec naszych ciał nazywamy.

Zanim odejdziemy, nim sobie pójdziemy,

Wspomnicie nasze słowa,

Zobaczycie i zgrzeszycie znów od nowa

i zakratujecie okna swych dusz; odejdziemy!

Wracamy jednak czasami w snach

Kochamy się w Twych marzeniach

Ach!

I znów upadacie; i znów spadacie,

Znowu nietrwanie, znowu nie trwacie!

Ulic nocnych las, gąszcz zakrętów i czas,

Kręcący się, wirujący bez ustanku,

Zginający filary ciężarem waszych ras, bez ustanku!

To dla Was są one! To dla Was stoją one, nie dla nas!

Skrzyżowanie ludzkich pragnień

Na twarzach ślady licznych zranień,

A oni idą sami, samotni, ranni,

Od Filarów cierpią, markowie poranni.

Wierzą w siły nieboskłonu pochodzenia,

Trwają w nadziei na swoje pragnienia,

A Ty idziesz, idziesz znów sam.

Nie mierzi Cię ten ludzki kram?

Nie obrzydło Ci życie w tej hołocie?

To jakby w adamaszkach stąpać w błocie.

Jesteś przecież inny, większy, lepszy,

Dlaczego ich życie Cię po prostu nie pieprzy?

Bo żyję i żyłem tak jak oni, duchu.

Kłamiesz! Kłamiesz! Kłamiesz jak oni!

Nie żyjesz! Nie jesteś z ich śmiertelnych ogni!

Nie płoną w Tobie ich płomienie.

Czemuż życie ich bierzesz jako swoje brzemie?

Jest przecież kruche, delikatne tak bardzo,

Twa moc przy nich to wyraz ich żałości,

Mógłbyś ich zniszczyć dla swej przyjemności!

Nawet oporu by Ci nie stawili! To świętokradztwo!

Władza nad życiem jest po to by trwać,

by rządzić, by karać, by zabijać,

To naturalne, Podróżniku, mój przyjacielu,

Zabij ich! Zabij! Zabij bardzo wielu!

Nic Ci nie zrobią, jesteś za silny.

Nic Ci nie zrobią, jesteś zbyt potężny,

Nic Ci nie zrobią, jesteś nieomylny.

Nic Ci nie zrobią, jesteś zbyt mężny.

JESTEM!

Jestem albo i nie, kto to wie?

Kto to, pytam, wie?!

Nie jestem mordercą, duchu Nosgoth.

Nie jestem zabójcą. Skończ więc ten jazgot.

Nic Ci on nie da, jesteś zbyt słaby,

Zbyt miękki na mych słów sylaby.

Nie przekonasz mnie do mordu!

Módl się, żebym Cię nie szukał, dla Twego spokoju.

Czy nie widzisz szans?

Czy nie dostrzegasz okazji?

Czy to znak od władzy apostazji?

Przecież tu jest multum szans!

To władz przejęcia nad śmiercią

Tych rzesz nieświadomych siebie.

To władza nad życiem, niemorderco.

Ale to nie obchodzi Ciebie…

Cóż z tego, że wyżynają się latami?

Cóż z tego, że nie ludźmi są, a sobie wilkami?

Nie obchodzi Cię władza, Podróżniku…

…najchętniej usiadł bym sobie na trawniku…

Choć dobrego mógłbyś zrobić tu bez liku!

Szczęście! Dobrobyt zaprowadź, Podróżniku!

W imię me, Filarów Świata, władzę weź,

A jej brzemię? Jakoś je musisz znieść.

Daruj, duchu, próżno gadasz,

Ani mną, ani nimi nie władasz.

Skończ swe czcze gadanie.

Zjedz coś lepiej na śniadanie!

Coś za bardzo milczysz, mój kochany…

Czyżbym dotknął jakiejś rany?

Czy to koniec tej rozmowy?

Czy wrócą Twe nędzne namowy?

Odpowiadaj, piekielniku!

Usiądź sobie na trawniku!

Postrzeganie powróciło zupełnie niespodziewanie, zaskakując nagłą ostrością obrazu i równie nagłym rozmazaniem, wynikiem czego Wędrowiec zachwiał się gwałtownie i upadł na ulicę. Podniósł się, otrzepał swe odzienie i rozejrzał się wokół. Ludzie patrzyli na niego ze zdziwieniem, a przed nim leżał kapelusz, jakieś pstrokate barachło, w którym znajdowało się kilkadziesiąt miedziaków. Przechodnie brali go za jakiegoś aktora czy też mima demonstrującego sztukę bezruchu. Nagłe przebudzenie się Wędrowca wprawiło przechodniów i okolicznych mieszkańców w szok. Niedawno Uwolniony wyraźnie usłyszał jak ktoś z żalem kurwiąc w niebogłosy zostaje się z sakiewką, przegraną w wyniku nagłego obudzenia się Znalazcy. Coś się jednak stało.

Podróżnik odkrył, że wszystko to widzi nie przez oczy, ale przez pozostałe zmysły. W jakiś sposób węchem, słuchem i wyczuwaniem drgań w podłożu czuł idealnie zaskoczenie na twarzach przechodniów, gdy odwracał się, cały czas zafascynowany nowym doświadczeniem. Każdy jego zmysł, poza wzrokiem, wyostrzył się do granic możliwości, a może już przekroczył te granice. Taki stan Wędrowiec w Czasie mógł wywołać wcześniej, ale góra jednego czy dwóch zmysłów i kosztowało to niemało wysiłku. A teraz… Teraz czuł, że może spokojnie obejść się bez wzroku, może węchem wyczuć jakiego koloru ubrania ma osoba stojąca naprzeciwko, może słuchem określić dokładne położenie każdej z okolicznych dwudziestu osób.

Obraz przed jego oczami był kompletnym wypaczeniem rzeczywistości. Każdy budynek miał swój cień, podrygujący spazmatycznie wśród gry światła i cieni padających nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak. Między budowlami ulatywały opary, ciemnozielone, toksyczne, absolutnie trujące. A w oparach czaiły się kształty. Zamazane, ukryte, rozpryśnięcie niekiedy na kilka części, poruszające się nieustannie kształty.

Zawsze dziewięć. Zabawne.

Podróżnik wygiął ramiona w tył i przeciągnął się lekko, wzbudzając lekki śmiech stojącej niedaleko mieszczki. Podarował jej uśmiech, w którym była niespełnialna obietnica przyjemności i zostawił ją rozgrzaną płomieniem żądzy. By popadła w nadchodzącą zaraz potem rozpacz.

Pradawni, co ja robię?

Szybko cofnął swój urok, oczyścił serce kobiety z niezdrowej żądzy i następującej po niej rozpaczy. Ukazał siebie jako nadętego kupczyka o pokrytej dziobami twarzy. Nie będzie to dla niej istota warta uwagi. I godna zapamiętania.

Ruszył ulicami, na których czuł przechodniów, słyszał ich rozmowy, zwęszył kilka nieprzyjemnych zapachów, które tym razem uderzyły w nos za mocno, prawie wzbudzając chichot Wędrowca. Lubił Nosgoth. Miasto było dosłownie ogromne, skrywało w swych objęciach prawie trzy miliony obywateli najróżniejszych ras, którzy jednak nie pałali do siebie nienawiścią rasową i egzystowali w spokoju. Nie dało się egzystować tutaj w hałaśliwych walkach ulicznych czy wojnach gangów. Ich zwyczajnie nie było.

Zawsze zamglone i zadymione, zawsze nieco śpiące, nieprzytomne, ale w każdej chwili gotowe by obudzić się i zaatakować. Tak zwykle mieszkańcy opisywali Nosgoth. I zawsze wtedy patrzyli na Filary, jakby te skrywały przyczynę takiego stanu rzeczy. A może rzeczywiście stanowiły?

Nie, to nieistotne.

Miałem porozmawiać.

Ale to wymagało podróży, podróży między wysokimi walącymi się powoli kamienicami, między tłumami niczego nie świadomych śmiertelników. Wymagało to znalezienia ścieżki, na którą trzeba było wstąpić i pokonać każdą przeszkodę na drodze. Wędrowiec był zdeterminowany, mimo niechęci do zabijania wiedział, że musi porozmawiać z nim, z kolejnym pradawnym, który mieszkał w Nosgoth, ale był całkowicie pozbawiony znaczenia. Dla wszystkich graczy pomijając Wędrowca.

Podróżnik znalazł się w ciemnoszarym zaułku, który zaprowadził go na ulicę o tym samym odcieniu, na której nie było śladu żywej duszy. Nawet w majaczeniach jego oczu na ulicy nie było nikogo, czy to realnego czy będącego wytworem wyobraźni Uwolnionego. Ciemne okiennice kamienic rzucały swym czarnym, nieprzyjemnym wzrokiem na jedyną postać na tej ulicy, jakby chciały ją przerazić. Ale na Wędrowca takie sztuczki nie działały, on doskonale wiedział, że ta ulica jest tworem, który miał własną inteligencję i osobowość, nader często wybuchową. Ale ożywienie tej ulicy to był jedynie odprysk mocy tego, z którym miał Wędrowiec porozmawiać.

- Stój, Wędrowcze w Czasie. Nie możesz iść dalej. – rozległ się cichy głos tuż za plecami Uwolnionego.

- Dlaczego, dobry człowieku?

- Nie jestem człowiekiem. Tak samo jak ty. Z tą różnicą, że bogowie nie mają na tą ulicę wstępu. – odparł inny głos, modulujący dziwnie każde słowo.

W tej samej chwili wiedział już. Objawił swoją moc i zleciały się pierwsze drapieżniki. Nadeszła konwergencja. Mała, lokalna, ale nadal śmiercionośna. Zwłaszcza dla Podróżnika, który właśnie strzelił palcami lewej ręki.

Natychmiast uderzyły w niego czary, trzy złote fale zaklęć, trzeszczące od rozsadzającej je energii wyrzuciły go w powietrze i posłały na ścianę budynku. W chwilą, gdy Wędrowiec obrócił się w powietrzu i odbił się od budowli, ściany popękały i cały front się zawalił. Uwolniony wyczuł ryk wściekłości samej ulicy. Jeden niematerialny impuls mocy wystarczył, by stworzenie wycofało się w inną część swojego kamienisto-brukowanego ciała. On sam opadł na jedno kolano i podniósł błyskawicznie głowę usiłując dojrzeć kto go zaatakował.

Wyszczerzył zęby w przerażającym uśmiechu i wolno się podniósł.

- Wędrowcze w Czasie, odejdź. Twa moc nie działa na nas. – cichy głos przemówił po raz kolejny.

- Ta, owszem, nie działa. Ale inne? – spytał powietrze, ciągle idąc w stronę kamienicy, którą zamieszkiwał Pradawny.

- To nasze ostatnie ostrzeżenie, Podróżniku. Potem nie okażemy miłosierdzia.

- Cóż, moi drodzy, doskonale rozumiecie, że nie mogę tego zrobić, że i tak muszę z nim porozmawiać, więc postanowiliście tutaj czekać na mnie. Zabić mnie, przejąć esencję i zdobyć władzę nad światem. Jakie to typowe dla ascendentów.

Odpowiedział mu tylko wiaterek, który nagle powiał, wprowadzając zamieszanie w kłębach mgły, tak typowej dla tej części miasta. Głosiki zamilkły.

A potem ryknęły.

Sześć przeplatających się fal złotych czarów trysnęło nagle z powietrza, jednak Wędrowiec tylko podniósł prawą rękę i fala zniknęła. W ramieniu pulsował lekki ból, ale dało się go znieść. Byli silniejsi niż myślał. Następną już nie próbował wchłaniać, ale zwyczajnie odbił w jakiś magazyn, który natychmiast eksplodował w szale buchającego ognia, latających kawałków ścian i stropu i okropnego gorąca.

Nagle zobaczył.

Nagle stwierdził, że ma otworzone oczy, które widzą. Widzą sześć czarnych cieni o wyglądzie z grubsza humanoidalnym, ubranymi w długie, jakby pocięte płaszcze.

- Widzę. – wyszeptał i ruszył do ataku.

Czarne płomienie otoczyły sylwetkę Podróżnika i przekształciły swój kształt w stworzone z samego ognia macki, raz po raz atakujące podejrzane cienie. Te uskakiwały z niesamowitą gracją i odwdzięczały się kolejnymi falami płynnego złota, mijającymi Wędrowca w Czasie o włos, rozwalającymi kolejne budynki.

Ulica jęczała spazmatycznie z bólu.

Wędrowiec szedł w ich kierunku, jakby za nic miał te wszystkie porcje energii, które prawie go trafiały. Szedł i widział doskonale oblicza sześciu dawnych czarnoksiężników, związanych i wypaczonych przez tego, z którym miał za chwilę porozmawiać. Ot, sługi. Widocznie Pradawny nie chciał mieć gości.

Jego pech.

- Wy nie widzicie! – ryknął nagle i zaczął biec w ich kierunku. Płomienie spowiły całą jego postać i rozrosły się momentalnie na całą długość i szerokość ulicy.

Duch Nosgoth

Potęgo! Czy nie widzisz?

Że jesteś w jego sercu?

Swą moc niszczącą uwolnisz!

Swą moc objaw w jego sercu!

Płomienie krążą, niszczą, oczyszczają

Z ulic plugastwo niegodne

Oglądania nawet tego, co jest wygodne,

Dla tego, które ognie Was zabijają!

Krzyczę!

Czy słyszycie?

On jest MÓJ! Wybrany z wielu,

On będzie porządkiem dla tak wielu

Wy nie powstrzymacie bóstwa czasu

Szkoda Waszego trudu i czasu.

Szkoda waszych słów marnych.

Żal mi Was, piesków karnych.

On was widzi, on was słyszy,

On was znajdzie, on zniszczy

Milcz, duchu! Nie kuś więcej!

Niezłomnym pozostanie moje serce.

Nie zdobędziesz nad nim władzy.

I Ciebie znajdę! I z Tobą sobie poradzę!

Już nie, wybrańcze

Już nie, z czasu nieśmiertelnego powstańcze.

Objawiłeś we mnie moc swoją.

A więc ona jest już moją.

Pierwsze ciało cieni spopielone

Pierwsza z duch potężnych zniewolona

Przyjmiesz pomoc moją, Wędrowcze?

Nie sprowadzę Cię na manowce.

Przekonaj mnie, nosgothcki duchu.

Zaciekawiła mnie kwestia mego słuchu.

Czemuż to, Podróżniku?

Nie chcesz już siadać na trawniku?

Nie drwij, duchu, mów, mów

Niepokoi mnie mój słuch.

A to czemu, Podróżniku?

Usiądź sobie na trawniku!

Dość tych gier! Dość tych szarad!

Koniec tych cholernych narad!

Proste pytanie mam do Ciebie!

O, Bogowie! Jestem w niebie!

Bóstwa proszą mnie o radę!

Czy dam radę? Czy dam radę?

Dasz radę, przeklęty duchu.

Odpowiedź ta – to rzesz jasna.

Jak kawałek jeden ciasta!

Daruj sobie gierki, zwody.

Popatrz tu, na me przygody.

Łamią mnie, widzisz to wyraźnie,

Pomóż mi, proszę pomóż doraźnie.

Prosisz? Błagasz? Klękasz w gnoju?

Klękam, duchu, klękam w gnoju.

Proszę, błagam, daj mi siłę.

Bo naczynie na Twą miłość

Mocy spotka zguba – nicość.

Oczywiście, mój wybrany.

Niech uleczę Twoje rany.

Wzrok Twój kiepski, to masz nowy

Ale będą skutki tej odnowy.

Jakie, duchu, jakie skutki?

Musisz śpiewać moje nutki,

Musisz zaczerpnąć ich jak nigdy więcej.

Musisz otworzyć swoje serce.

Niech to! Duchu, kusicielu,

Uległo Tobie już zbyt wielu,

Ale przetrwanie to naczelne,

Wielkie zadanie, niepodzielne!

I płomienie w chmury prysły,

I kamienie z bruku wyszły

I wiatr powiał, jak zlękniony

Przed razami mocy uwolnionej

Czarna, złocista, z błyskami czerwieni,

Fala przemknęła nad stosem kamieni,

Tworzących figury wszelakie, ohydne,

Walnęła w postacie ciemnością obrzydłe.

Zatrzęsła się ziemia! Huknęły gromy!

A lud Nosgoth wzdrygnął się zlękniony.

Uderzyły pioruny, chmury się skłębiły

A w Wędrowca nowe siły wstąpiły!

Pękał bruk, huczał rozgrzewany,

Gdy stopy Podróżnika zadawały rany,

Pięciu niematerialnym sylwetkom,

Tak wirującym z przepotężną czasu mocą.

Tak kłębiącym się w tańcu płaszczy,

Gdy cały świat przed nim się płaszczył,

Padł do stóp, ryknął zalękniony,

Gdy Wędrowiec w Czasie wypuszczał swe gromy

Mocy! Spalającej wszystko, wszystko!

Ale to nie wszystko, uwierzcie, to nie wszystko.

Rozwiała się kolejna, trafiona strugą ognia,

Bez niej reszta nie ujrzy już dnia.

A moc krążyła, chciała ujść z tej klatki,

W której Podróżnik przezornie ją uwięził,

Tak jak ducha teraz trzymał na uwięzi.

Duch się nie przestraszył.

Duch się mu nie płaszczył.

On wiedział co swoje!

Widział w mgle przyszłe podboje.

I spostrzegał zagrożenia

Dla życia i wszelkiego stworzenia.

Gdy kolejni nieśmiertelni się przebudzą,

Gdy następni moce swe obudzą.

Nic ujść cało – być nie może.

Może tylko niebo, ziemia, morze.

A my – Podróżniku – złącze już na wieki.

Otwarte musimy mieć swe podwójne powieki!

Widzę ludzkie, zwęglone zwłoki

Ktoś się dostał w moje fale,

Słyszę kogoś wolne kroki.

To krwi tylko potoki.

Nie, mylisz się, to kroki.

Słuch mam dobry, to Twe skutki.

Ktoś tu biegnie, skacze gdzieś,

To strażnicy czy inny bies,

Z którym zmierzyć mamy się.

Nie, idioto! Nie i nie!

To ten, z którym gadać chciałeś.

Swoją walką go przyzwałeś.

Widzę go, duchu, już.

Będzie zaraz, jest tuż tuż.

Tyleż lat go nie widziałem.

Ty go nigdy nie widziałeś!

To moje są wspomnienia!

To moje wizje i spostrzeżenia!

Och, doprawdy, duchu srogi?

Czy więc on udzieli mi zapomogi?

Informacje mi swe poda,

Gdzie reszta tych więzień dla Boga?

Gdzie inni – podobni do mnie?

W Kle! W mieście Kle!

Tam je znajdziesz, Podróżniku.

Ale pytań tam bez liku.

Pewnyś, że w tą chcesz wejść mgłę?

Najpierw on, najpierw on.

Mi udzieli odpowiedzi.

Potem ruszymy w mocy ogrom,

Zobacz! On na brzegu siedzi!

Zadaj mu pytanie, Podróżniku!

Zadaj je, mordowniku.

Czy inni są podobni do mnie?

* * *

A Pradawny mu odpowiedział.

~ autor Anomandaris w dniu kwiecień 5, 2008.

Napisz odpowiedź