Nocne ścieżki.
Nocą ciemną, gdy już światła zapadły gdzieś po dachach szarych budynków, gdzieś daleko, za horyzont, niosąc dar życia innym nieszczęśnikom na drugiej półkuli. Całun ciemności i zimnej mgły opadł na wilgotne ulice po niedawnej mżawce, którą jeszcze było czuć w powietrzu. Pomarańczowe światło latarni obarczało jarzmem cieni wszelkich przechodniów, którzy zdecydowali się na ten nocny, pełen wyrzeczeń i boleści spacer.
Wyrzeczenie spokoju nadeszło z chwilą, gdy do pracującego umysłu dotarł sygnał, że jest pełnia, że noc na pewno będzie nieprzespana, że znowu będą myśli dziwne i wielorakie na tematy, które normalnie by nie przyszły do głowy. Spokój mógł trwać w pracy, ale Ci przechodnie odczuli niepokój, czysto romantycznie wywołany pełnią księżyca i możliwością spacerowania wśród mgieł po mokrych, pustych ulicach, ciesząc się mimowolnie spokojem całego miasta. Wyrzekli się oni ciepła domowego ogniska(czyt. kaloryferów), gorącej herbaty z rumem bądź kawy po irlandzku w przytulnym fotelu przy płonącym kominku. Beztroska również odpłynęła z chwilą wstąpienia na płyty chodnikowe, które niosły czasami nie wiadomo gdzie i nie wiadomo którędy, gdzie wszędzie można było spotkać osobniki lubujące się w nocnych polowaniach na bezbronne ofiary, ofiary losu. Bezpieczeństwo musiało być zachowane w takich chwilach, spokój i lód pokrywające wszelkie emocje, rozwaga i spokój, królujący pośród dzikich barbarzyńskich chęci wyładowania agresji. Lecz by wstąpić na ścieżkę i nie znaleźć jej kresu u stóp nocnego łowcy, trzeba wykazywać się sprytem i szybkością, atutami każdego myśliwego, które pozwolą wybrać odpowiednią drogę, odpowiedni szlak dla naszych pieszych, nocnych wędrówek we mgle.
Pierwsza boleść jest uderzeniem bólu, lekkim, acz dokuczliwym, wpijającym się w umysł gwałtownym sygnałem, idącym bezpośrednio od pięta obtartej przez nowe, niewychodzone buty. Buty lśniące, wypolerowane, z długimi noskami, noszące ślad elegancji i elegancji kroczą po chodnikach, nierzadko depcząc trawę, skrzącą się od zbierającej się rosy, czasami wstępują na ławki i zastygają w bezruchu, kierując swoje czubki w rozgwieżdżone niebo ze światłem księżyca w tle. Cios piękna, tak nagły i spontaniczny, jest kojącym balsamem na ciało i umysł, wypełniającym cały obszar połączonych ze sobą neuronów widokiem, jaki się przed oczami roztacza, który gdzieś maluje się w oddali. Znika też boleść i zostaje spokój.
Spokój człowieka, który zobaczył jeden z cudów Bożych, coś tak pięknego, tak poruszającego, że nie mogło być dziełem przypadku czy zbiegu okoliczności, coś co musiało zostać powołane przez Istotę Najwyższą, może nieokreśloną, może obojętną, może kochającą, ale w którą wierzy bez mała cały świat. Coś musi być w tym, że w ludzkich sercach króluje wiara, włada potęga mogąca, przysłowiowo, czynić cuda. Poza tym ludzie bez wiary, w cokolwiek, są w takie mgliste noce niestrawni.
Wreszcie buty schodzą z ławki, ich noski na powrót zwracają się w stronę ścieżki, krok zostaje dopełniony, drugi przypieczętowuje sprawę i zarządzany jest powrót do domu, bo mróz i zimno oraz wilgotność mgły nader często przyprawiają ludzi o choroby. Innymi chodnikami, stąpając na innych płytach chodnikowych nocny marek, wielbiciel księżyca w pełni, idzie w stronę swojego locusa, gdzie spędzi resztę bezsennej nocy na marzeniach sennych, koszmarach, wielkich wizjach, wspaniałych planach oraz na myśli, że one wszystkie skazane są na niepowodzenie.
Noce takie zaczynają się od refleksji odnoszącej się do wędrówki, a kończą refleksjami o spełnionej - lub nie - podróży, która miała wzbogacić, miała coś dać, coś powiedzieć, dorzucić kolejny kamyczek doświadczenia do kosza umysłu.
A czy dodała?
Któż to wie?

Napisz odpowiedź