Istnieją czy nie?
Istnieją ludzie, którzy sami dla siebie są tłem, wytwarzają wokół siebie pole, otoczkę, która cały czas trwa, przeobraża się, zmienia wedle ich woli, a czasami bez ich woli, gdy niosą ich na falach emocje, gdy głowa zaczyna pracować wedle serca, które nie chce otoczki opanowanej, a pole siłowe, a raczej rodzaj emanacji, która podlega zmienności nastrojów. Wtedy też osoby też buntują się przeciwko sieciom neuronów, które chcąc nie chcąc, musza tworzyć otoczkę z siły, potężnej struktury wzorców postrzegania, znajdujących dla postronnych jeden tylko sposób(zaiste, szkoda tego sposobu, nędznie wykorzystany) by takową osobę postrzegać, a więc rozumieć tylko na jeden sposób, nie zbliżając się do pola, emanacji czy też otoczki, rodzaju pokrywki do malowanego garnka marną farbą na marnym metalu, nieco spalonym na palnikach gazowych. Osoby emanujące są niezdolni do zablokowania tego postrzegania, do zrobienia kroku w bok od systematyki zachowań, gestów, wachlarzy mimicznych ich twarzy, które są zwierciadłem, a zarazem lustrem weneckim dla postrzegających, którzy patrzą, a jednak nie widzą, a którzy chcieli by widzieć i oczywiście, z pełnym dla nich szacunkiem, chcieliby wiedzieć, co jest wewnątrz otoczki, którą biorą za prawdę, co może się ukrywać w emanujących, skoro emanacja jest tak silna, by zbijać z tropu, nie pozwalać zrozumieć, jak to ma miejsce przy jakimkolwiek ambitniejszym tytule dla zwykłych, szaraczków, którzy nie widzą własnej siły w zwykłości.
Zdając lub nie zdając sobie sprawę(co w sumie nie jest ważne, bo to tylko kwestia siedzenia i patrzenia z różnych kątów i różnych pozycji ciała, nie duszy) z emanacji ludzie ci są niezrozumiali bądź też uważani za dziwaków, ekscentryków, chorych na umyśle, niepełnosprawnych społecznie, bo siedzą i emanują, a nie działają, jak inni, nieco mniej widzący, a bardziej pożądający wiedzy o wiedzy i wiedzy o niewiedzy. Jak to wspomniał pewien amator-filozof, młody, emanujący, ludzie wewnętrznie niespokojni, obdarzeni(właśnie, obdarzeni czy przeklęci?) egzystencjalnym niepokojem, dochodzą do wniosków, raczej nie zaskakujących, a przewidywalnych, że wszystko ma jedynie pozorny sens, że jakiekolwiek postrzeganie kogokolwiek gdziekolwiek jakkolwiek jest pozbawione sensu, ponieważ sens pozostaje poza jakimkolwiek zasięgiem istot śmiertelnych, zwierząt oczywiście, któresą ludźmi(degradacja ludzkości). Czy zatem osoby emanujące - które są postrzegane jak są postrzegane - stanowią elitę intelektualną czy też emocjonalnie-socjologiczna społeczności czy raczej umieją wykorzystać emanację i zbijanie z trop, tropu, tropu, by rzucać wyzwanie kolejnym emanacjom osobowym i zwyciężać, by emanować silniej i silniej, by spłonąć pod własnym ciężarem własnej(nietuzinkowej) emanacji. To nie do rozpatrzenia przez postronnych emanujących, ponieważ jakiekolwiek nie-działanie, a przypatrywanie się sprawia, że emanujący jest bierny, a bierność oznacza zastanowienie, które oznacza uspokojenie i rozpatrzenie otoczki, rozebranie jej na pierwiastki, cząstki elementarne, by zrozumieć je i poskładać od nowa, tym razem mogąc już dotrzeć do emanujących, którzy działają i chcą działać, dla samej radości zaskoczenia i szoku na twarzy postronnych, pozbawionych tego daru i przekleństwa jednocześnie, ponieważ jakikolwiek dar zawsze niesie przekleństwo, a dar widzenia i wytwarzania tła dla samego siebie, niesie za sobą głębsze nieco(ale tylko nieco) zrozumienie świata i ludzi, i zwierząt, przedmiotów o nieokreślonej formie i treści, które zwyczajnie nie są przedmiotami, które można by wykorzystać do celów własnych, jak i społecznych.
Widzenie więcej, wytwarzanie dla siebie tła jest niecodziennym zjawiskiem, a więc jest rzadkie i pożądane, osoby obdarowane szczątkową choćby charyzmą(krizmą) mogą to postrzec i zrozumieć istotę powoływania pola i tła dla swoich własnych, żądnych uwagi postronnych(bezbronnych), by zyskiwać korzyści, które w rzeczywistości są przekleństwami i przedmiotami nie przydatnymi, nie niosącymi ze sobą żadnej wartości, bo przedmiot oprócz ceny na boku nie ma żadnej wartości. Samą wartość przedmiotowi nadaje człowiek i czyn, a raczej czyn do którego człowiek ten nie-wartościowy, a już wartościowy przedmiot chce wykorzystać czy już wykorzystuje, by emanować silniej, nadać otoczce specyficznej aury, która by emanowała i silniej i mocniej od emanacji zwykłej, która schodzi na dalszy plan, a która jednak jest ważniejsza o przewartościowanych zdobytych przedmiotów czy też przymiotów, nagłówków, tytułów i wzniosłych reguł i celów, które emanujących fałszywie zwykle kierują. Ci, co są sami dla siebie, swoich osób, tłem, które sami oni tworzą, mają niełatwe zadanie, bo bycie niezrozumianym, niechcianym poprzez swoją zdolność ostrzegania przed postrzeganiem, pożądanym i kochanym, jest w gruncie wszelkich pozorów, a więc rzeczy, zadaniem trudnym, skomplikowanym, dręczącym sumienie, wyrastającym na nim niby wrzód, pełen ropy i czarnej posoki, które gotowa rozlać się żalem i niepokojem i rozpaczą, która czeka na rozlanie, które czeka na chwilę słabości, która czeka na emanacji zakończenie poprzez wydarzenie, które determinowane jest przez niezliczone przypadki, które pozornie niezwiązane ze sobą, są wyrokiem Wielkiego Demiurga na emanującego aurą swoja, nie cudzą i nie stworzoną.
A te przypadki nadchodzą oczywiście nocą, zwykle niespostrzeżone, bo jak można dostrzec przeznaczenie, które nazywamy zbiegiem okoliczności(złych czy dobrych, to nieważne, okoliczności nie mają wyszczególnienia moralnego), a które chcielibyśmy nazwać zwykłym Losem, Przeznaczeniem, Siłą Sprawczą czy czymś co jest dla nas niepojęte, a które daje wolność sumienia i siłę, by wolne od wyroków moralnych okoliczności, przezwyciężyć w nierównej walce Losu z człowiekiem, człowieka z Losem czy też w innych - równie nieprawdopodobnych i równie fałszywych – konfiguracjach. A więc, gdy osoba zaczyna emanować, widzieć, stanowić tło dla własnej osobowości, gdy staję się spoiwem, które zawsze łączy, ale czasem dzieli(gdy emanacja dobiega końca, gdy dopadają słabości, powodowane przez okoliczności, które wiedza o wrzodzie i ropie i krwi czarnej, zdolnej w każdej chwili zalać ciało, umysł, pogrążyć w niemocy woli), bo takie jest zadanie panów o woli, o mocy, by mogli i łączyć i dzielić, by nie podlegali sądom innym niż własne i innym niż te, których nie sposób uniknąć, jak osąd przyjaciół, osąd sędziów, doktorów prawa czy innych profesorów, nieemanujących, bo emanacja nie sprzyja tytułom naukowym większym niż magister. Czy zatem można rozgrzeszyć ludzi, stanowiących tło dla swoich osób i swojej osoby, czy można zwyczajnie machnąć ręką, wpatrując się nadal w aurę, w otoczkę, w siłę osoby, która widzi, a która nie chce się dzielić widzeniem z niegodnymi sobie, czyli z każdym, kto nie widzi, a raczej z każdym kto widzieć nie chce, a jeśli chce to nie może, co na to samo wychodzi, a więc nie dostaje choćby maleńkiej części wiedzy, widzenia i pozostaje postronnym, który zapełnia statystyki, żyjąc dla nich i umierając dla nich.
Zbliżając się do końca, patrzę na ołówek, który wybitnie nie emanuje, a posiada aurę, która mnie zachwyca, rzuca się w oczy, paraliżuje wzrok, bym sięgnął, zobaczył, dotknął, wziął do ręki i stworzył go, raz jeszcze na nowo, by żył, by miał cel życia w moich pięciu palcach. Nadaje mu wartości nieokreślone przez zwykłe umysły, emanujący mnie zrozumieją, ocenią, oskarżą o arogancję i wariację chorą na ten temat, ale tacy jesteśmy, prawda?
Tacy już zostaliśmy stworzeni, by być, ale nie być w sensie fizycznym wyłącznie, a metafizycznie dawać o sobie znać tym duchom przestrzeni wokół nas, które tworzą emanację naszych aur. Jesteśmy – my którzy widzimy więcej, prawda?

Napisz odpowiedź