Widzę, więc wiem.
Widzę więc wiem.
Widzimy coś na własne oczy, więc zwykle przyjmuje założenie, że to co widzimy, rzeczywiście jest, istnieje w naszym spectrum postrzegania. Otóż nierzadko też widzimy istnienia, których nie jesteśmy pewni, które nas niepokoją i zmuszają nad rozważań nad tym co widzimy czy to jest prawdą czy fałszem, potwierdzeniem czy zaprzeczeniem świadectwa naszych powiek, źrenic. Zwykle tak postępujemy z rzeczami czysto namacalnymi, całkowicie fizycznymi, jednak dlaczego nie spróbować, przeprowadzić pewnego rodzaju eksperyment i starać się dostrzec, a więc wiedzieć(lub mieć fałszywe przekonanie o tej wiedzy), same emocje w powietrzu. Pomijając absurdalność tego stwierdzenia, bowiem emocje zwykło się czytać u osoby fizycznej(gesty, mimika twarzy, znaczenie słów), możemy spróbować dostrzec w czystym czy też brudnym emocje wiszące w powietrzu, wokół każdej osoby, z którą aktualnie jesteśmy, które tworzą wielokolorową aurę – zawsze jednak, jak sobie sam dowiodłem ostatnio.
Aura ta(wielokolorowa, pamiętajmy) jest otoczką, która skrywa coś więcej, w pewien sposób broni do prawdziwych emocji, prawdziwych intencji, zwykle ukrytych w podświadomości danej osoby, na którą oczywiście nie mamy żadnego sposobu, by ją w jakiś sposób kontrolować. Widzimy – zwykle, całość opiera się na zwykłym i niezwykłym sposobie postrzegania – emocje, które dana osoba, dalej obiekt, chce nam przekazać, tylko i wyłącznie dostajemy komunikaty. Czasami aura zanika, a wtedy widzimy emocje prawdziwe, wzruszenia, przeżycia, a nie grę, którą każdy z nas przeprowadza sobie dla siebie, by mamić innych. Oczywiście zwykle nawet nie widzimy tego, że zachowujemy się wedle pewnych schematów, które się stały naszą bronią przed szczerością, ale jednak gdy popatrzymy sobie na to zupełnie inaczej, powiedzmy popatrzymy na kilka gadających ze sobą osób, będąc kompletnie obiektywni, wolni od wszelkich subiektywizmów, możemy dostrzec to co dane osoby ukrywają pod ową aurą. I wtedy to zaskakuje.
Zaskakuje, bo nie jesteśmy(albo i jesteśmy, zależy od punktu widzenia) przygotowani na to co dana osoba ukrywa w swoim zachowaniu, wtedy pada na nas nagła refleksja, która nie pozwala się przerwać w żaden sposób. Czy poprzez widzenie, a więc posiadaniu wiedzy o czymś, mamy pojęcie o prawdziwym tego znaczeniu? Niestety tylko rzadko, bowiem szczerość jest towarem bardzo ekskluzywnym w dzisiejszym świecie, ale to szczerość da się w pewnych przypadkach(słabych, bardzo słabych) wywołać sztucznie, pobudzając niektóre funkcje mózgu poprzez ściśle kontrolowaną przez konwersację, mającą na celu tylko manipulować, dla samej przyjemności analizy. Analiza w czasie pobudzenia owych części mózgu, ma to samo znaczenie co refleksja, jednak przeważa tu stosunek do podmiotu badań, czysto naukowy, obiektywny, gdzie nie ma miejsca na własne zdanie, choć można by się sprzeczać, bo wydając pewien osąd, albo zwyczajnie przedstawiając fakty zaistniałe w danej sytuacji jako osoba, możemy sądzić w sposób subiektywny, co zupełnie by wykluczyło możliwość analizy. Analiza (przynajmniej w tym szczególnym wypadku) polega na całkowitym wyzbyciu się emocji własnych, ignorowanie części mózgu odpowiedzialnych za emocje i obserwacji innych, wtedy tylko możemy uznać, że to co mówimy jest prawdziwe, a nie jest fałszywym świadectwem, za którym kryje się drugie, zupełnie inne, mniej lub bardziej przyjemne, dno. Więc gdy widzimy, to wiemy, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy całkowicie obiektywni, nie zagłębiamy się we własne uczucia, zabijamy je, by móc prawidłowość coś zanalizować.
Nierzadko mamy również przekonanie, że to co nam inni pokazują jest prawdą, że nie ma na celu zwodzić, dawać fałszywe wyobrażenie, tylko ma służyć zbliżeniu uczuciowemu, poznaniu się głębiej i głębiej, by w końcu dotrzeć granicy, gdy zaciera się znajomość, a przyjaźń, albo gdy zaciera się przyjaźń z miłością. Jeśli więc dajemy fałszywe wyobrażenie o sobie, o swoich uczuciach kompletnie świadomie, z premedytacją, to możemy spokojnie stwierdzić, że niczym nie różnimy się od manipulatorów, którzy w głębi serca są godni pogardy, bowiem umiejętności zmieniania swojego zachowania, swojej osobowości, udawania uczuć, by na tym zyskać jest umiejętnością, jeśli przydatną, to też niesamowicie negatywną moralnie. Jeśli nam to obrazowo mówiąc zwisa, wtedy możemy z dumą, samozadowoleniem, czerpać z tego profitu, do czasu, aż zrazimy do siebie(poprzez oczywiście naszą manipulację) dostateczną ilość ludzi, by – bardzo pesymistyczna wizja – zostać samemu, jednak…
Jednak sam fakt manipulacji, sam fakt umiejętności, która może kreować w innych uczucia, jest dla potencjalnych manipulatorów bardzo przyjemna i zwyczajnie nie sposób(sprawdzone empirycznie) oprzeć się pokusie tworzenia w ludziach, miłych nam emocji. Jeśli odczucia te nie szkodzą ani ofierze ani manipulatorowi, potencjalny manipulator jest rozgrzeszony moralnie(przynajmniej w moich oczach), jednak jeśli owe uczucia dotykają bardzo intymnych sfer życia zwykle ofiary, to wtedy emocjonalny kat jest zagrożony, bowiem gdy ofiara dowiaduje się o manipulacji, lubi – nawet ryzykując – również poudawać, zacząć widzie emocje i krótko mówiąc, zemścić się na manipulatorze.
W gruncie wszelkich rzeczy, które dziś się tutaj nieopatrznie znalazły, a które powstały w jakiś sposób w moim nie-do-końca-trzeźwym(informuję – jestem abstynentem) umyśle, uważam obiektywnie(analizuję wiec sam siebie), że to co zwykle robię, jak zwykle rozmawiam, jak się zachowuje, co o sobie myślę, co o sobie mówię, co mówię do innych jest krańcowym kłamstwem, nierzadko tylko poprzetykanym pasemkami prawdy. To też jest kłamstwem, bowiem zapewne się mylę, co pewnie wykaże mi gdzieś jakiś paskudny martwy facet z Wiecznej Rozkoszy. Co nie zmienia faktu, że czuję się podle, gdy widzę, a więc wiem, w jaki sposób się zachowuje.

Napisz odpowiedź