Wena.
Wenę trudno opisać jakikolwiek słowami. Wena to uczucie, które rośnie i opada w żołądku, które w mózgu jednak zbiera swoje żniwo i każe tworzyć. Można by to zwykłe słowo “wena” nazwać bardziej poetycko “natchnieniem”, ale po co mnożyć określenia, skoro i tak wiemy o co chodzi?
A może jednak nie wiemy? Może nie zdajemy sobie sprawy z istnienia takiej rzeczy jak natchnienie pisarskie? Może zwyczajnie nie rozumiemy, że pisarze czasami budzą się w środku ciemnej, listopadowej nocy i zaczynają tworzyć światy, charaktery, bańki mydlane na wietrze, w które my - czytelnicy - potem wpadamy i rozglądamy się z zaciekawieniem po dziecku pisarza - książce. Może też nie zdajemy sobie sprawy, że niektórzy potrzebują tego uczucia jak narkotyku, by pisać? Inaczej są zwykłymi rzemieślnikami, wyrobnikami, którzy nie potrafią stworzyć niczego, co mogłoby zachwycić wybredny tłum czytelników. I tu pojawia się wena. Nieodłączna. Pożądana. Wzywana. Patronka tworzenia.
Wena we mnie czasami przybywa, czasami jej ubywa, jednak by napisać jakiś króciutki tekścik dla jednego z moich graczy, to jej nie potrzebuje, jest mi zbędna, choć z drugiej strony sądzę, że zwyczajnie ten poziom weny, który jest we mnie zawsze, czy to się obniżając, czy wzrastając, zapewnia mi właśnie tą możność pisania. Ale czasami bywa i tak, że człowiek czuje gwałtowną potrzebę pójścia do komputera, złapania za kartkę i ołówek i rozpoczęcia przygody w urealnianiu wyobraźni. Wtedy obowiązki nie mają znaczenia, wtedy ciągłe czepianie się postronnych(zwykle tak denerwujące) jest tylko bzyczeniem pszczoły gdzieś za oknem. Wtedy człowiek zatapia się w świecie wyobraźni, uderzając w klawisze czy kreśląc w pośpiechu kolejne słowa, zdania, akapity, strony czy rozdziały.
To nigdy nie trwa długo, to nigdy nie jest przyjemne, ponieważ stan umysłu wzrasta, na marne zostawiając stan ciała, które nierzadko chce skończyć, przerwać ten ciąg pisania, by wreszcie zwlec się i rzucić na łóżku, by spać, by tylko już spać. A jednak wena zwycięża, zawsze zwycięża. Człowiek chyba czuję podświadomą potrzebę tworzenia, a gdy ona narasta to świadome decyzje są niejako przez nią warunkowane.
A teraz?
Czy jestem pod jej wpływem? Nie, moi drodzy. Nie jestem. Tęsknię do niej, gdy ją w pewien sposób wykorzystałem w tą sobotę, pisząc zbyt wiele, zbyt mocno oddając targające mną uczucia, które i tak poszły na marne, bo zaistniała złość przedmiotów martwych.
Modlę się o nią.
Każdego wieczoru i ranka.

Napisz odpowiedź