W oczach dziecka matka jest Bogiem.
Może wydawać się dziwne, ale zdanie powyżej usłyszałem na komercyjnym filmie, traktującym o wydarzeniach tak nierealnych i idiotycznych miejscami, że aż strach, i od razu wzbudziło ono moją głęboką refleksję nad prawdą tego wypowiedzenia.
Z początku myślałem o nim w kwestii dzieci do wieku góra 13-15 lat, jednak po jakimś czasie zauważyłem, że w oczach każdego dziecka matka jest istotą boską. Skąd się to wzięło, nie mam zielonego pojęcia, jednak – biorąc pod uwagę moje własne odczucia – to stwierdzam, że rzeczywiście matka jest w oczach dziecka Bogiem.
Od najmłodszych lat matka dla dziecka jest istotą wyższą, która zajmuje się nim(zwykle, nie biorę pod uwagę mamusiowatych tatusiów), daję jeść, zmienia pieluszki, zabawia, uczy życia, jest przewodnikiem po świecie, do którego dziecko ma zaufanie zawsze i wszędzie, jest ostoją bezpieczeństwa w nieprzyjemnym świecie, jest przystanią, do której zawsze można wrócić. Potem – w wieku dojrzewania – rola matki się zmniejsza, dziecko zyskuje jakąś tam(mniejszą czy większą) samodzielność i uważa zainteresowanie matki za denerwujące, uważa troskę matki za coś wybitnie niepasującego do młodego człowieka, czyli krócej mówiąc, dziecko przeżywa falę buntu przeciwko rodzicielstwu. Wtedy boskość matki upada, młody człowiek zaczyna rozumieć, że matka to człowiek i że też może się mylić, nierzadko nie akceptuje doświadczenia rodzicielki, która chce wyłącznie pomóc. Jednak wtedy też młody człowiek przeżywa zwykle kryzys wiary, wpojonej często w dziecinnych lat, więc jego wyobrażenia o Bogu również się zmieniają. Czy możemy jednak porównać stosunek do Boga i stosunek do matki?
Oprę się tutaj na własnej opinii.
Od najmłodszych lat miałem z moją szanowną rodzicielką znakomity kontakt, pewnie z racji tego, że była ona dla mnie JEDYNĄ osobą, oferującą mi bezpieczeństwo, miłość i plejadę innych uczuć, które zawsze wynikają z takiej relacji między dzieckiem, a matką. Wtedy też był okres, w którym byłem dzieckiem wyjątkowo wierzącym, lubiłem kościółki, śpiewy staruszek, zawodzenia organisty i rozmowy księdza z dziećmi. Potem nastał czas dojrzewania – ale jeszcze przed nim upadł wizerunek Boga, którego trzeba czcić, nastał czas, w którym Bóg zajmował jedne z dalekich miejsc na liście priorytetów życiowych – w którym stosunek do mojej szanownej rodzicielki i Boga był zadziwiająco podobny.
Boga nienawidziłem za jego bierność, matki nienawidziłem za jej bierność w sprawach, które były dla mnie istotne(to zawsze wychodziło, gdy jako dziecko niezbyt umiejące się podporządkować regułom, miałem konflikty z nauczycielami,a gdy matka zawsze stawała po ich stronie). Boga miałem w pogardzie za to, że wszyscy okazywali mu szacunek, matkę miałem w pogardzie, dlatego, że ona wymagała szacunku w podobny sposób jak Bóg. Szacunek ten łatwiej mi było okazać istocie z krwi i kości, więc jeszcze to funkcjonowało. Potem jednak zmieniłem całkowity stosunek do istoty boskiej, Bóg stał się moim wrogiem, który swoimi działaniami, choćby tymi, które można przypisać całkowicie Naturze, niweczył moje plany(pamiętam jak bluźniłem na niego ze znajomym, gdy złapała nas ulewa, a parasola oczywiście nie mieliśmy). Tak stało się też ze stosunkami z matką. Niby wiedziałem, że ona chce dla mnie dobrze, że chce dla mnie jak najlepiej, jednak nie mogłem pogodzić się z tym, że nie jestem panem własnego losu, że ktoś za mnie decyduje i obrazowo mówiąc, stawiałem się każdej jej decyzji, każdej jej opinii, którą wygłosiła. Wszystko, co wychodziło bezpośrednio od niej nie lubiłem, krytykowałem, starałem się robić jej na złość, tylko w imię tego, że ona jest nade mną(analogicznie jak Bóg) . Oczywiście moje zachowanie skutkowało wielokrotnymi kłótniami, które uświadamiały mnie raz po raz, że jednak jestem winien szacunku matce. Oczywiście nie chciałem tego zaakceptować, ale z wiekiem, czyli kolejnymi kłótniami i niechęcią do okazywania szacunku, przyszła refleksja, a z refleksją przyszło zrozumienie, że to co robiłem nie jest właściwe, że matka jest istotą wyższą, przed którą czuję nieziemski respekt. I tak po prawdzie zawsze go czułem, czy to zwiewając z zajęć i bojąc się jej reakcji(ośmielę się stwierdzić, że najbardziej bałem się reakcji jej i mojego ojczyma; jej reakcji bałem się ze względu na strach przed konsekwencjami, jego reakcji bałem się ze względu na wyrzuty sumienia, które zawsze czułem, gdy go zawiodłem) czy to świadomie łamiąc jej postanowienia. Chciałem być odbierany i byłem odbierany jako osoba, która opinię matki ma w gdzieś, która jest niezależna i robi co chce, jednak w praktyce wyglądało to tak, że za każdy przejaw niezależności płaciłem w pogorszeniu się relacji z matką. Aż nadszedł czas, gdy oboje staliśmy się dla siebie podporami, bez których nie moglibyśmy istnieć. Ja – jako wyznawca, ona – jako obiekt wiary, znowu jako niewzruszona ostoja bezpieczeństwa i stabilności i wtedy zdarzyło się, że ta ostoja, ten obiekt wiary, potrzebował również oparcia, a znalazł je w wyznawcy, który nagle – zupełnie nieoczekiwanie – zrozumiał, że ona zawsze przy nim była, że jednak naprawdę chce dla wyznawcy jak najlepiej, że próbuje do niego dotrzeć, ale nie wie jak. Daliśmy sobie nawzajem oparcie w trudnych momentach życia i poczułem tym razem jakąś niesamowitą życzliwość do Boga i jego wyznawców(tym razem niemetaforycznie, ale dosłownie), która zapoczątkowała fascynacją, że oni umieją to znaleźć(mówiąc “to” mam na myśli skarb wiary) i żyć z Bogiem w jedności. Poczułem również zmianę relacji między mną, a moją kochaną rodzicielką. Nie były one już czysto dziecięco-rodzicielskie, a były czymś głębszym, bowiem byłem całkowicie pewien, że zawsze jest moją ostatnią deską ratunku, że zawsze stoi po mojej stronie, że jednak ma masę doświadczeń więcej ode mnie i jest rzeczywiście mądra, czego odmawiałem jej przez bardzo długi czas. Chciałem równocześnie znaleźć taki sam stosunek z Bogiem, nie mogłem go jednak dopasować do żadnych systemów religijnych, więc wybrałem uczucia, które najbardziej cenię i przekształciłem je w swoiste prawdy wiary.
Miłość.
Przyjaźń.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że moje oczy różnie postrzegały matkę, jednak wyznając całkowicie carpe diem, teraz rozumiem, że relacja, którą udało nam się osiągnąć, jest czymś naprawdę wyjątkowym. Jest w niej pełne zaufanie, jest w niej miłość, jest przyjaźń, nie ma komunikatów, są rozmowy, jest w niej przywiązanie, jest w niej lojalność i pewne zaskoczenie tym, że tak umiemy się nagle porozumieć. Czy to nie mija dojrzewanie czy jest inny powód tej refleksji?
Może zwyczajnie człowiek usłyszy gdzieś tekst, który całkowicie oddaje istotę pewnych rzeczy i wtedy zaczyna się zastanawiać czy to ten tekst mu to uzmysłowił czy to wcześniej już rozumiał, a zwyczajnie nie mógł tego nazwać? Wiem, że w moich oczach matka jest przyjacielem, niewzruszonym bastionem miłości, który będzie trwał nieważne jakie szturmy będą chciały go zdobyć, wiem, że tak samo zacząłem traktować istotę boską, Absolut. Nie jest już on wrogiem, którego trzeba zwalczać, któremu trzeba uwłaczać, a wielkim świetlistoniebieskim( w takiej barwie go sobie wyobrażał) gościem, który skądś na mnie patrzy i zastanawiał się życzliwie, czy uda mi się czy mi się nie uda, czy wykorzystam, co to od niego dostałem, czy nie wykorzystam i będę mógł zaliczyć się do przegranych.
Chciałbym ich nie zawieść. I Absolut i matkę. Chciałbym, żeby byli ze mnie dumni. Oby się udało.

Piękne, nie umiałabym tego napisać lepiej choć jest to moje motto życiowe pozdrawiam