Praca jest pracą, a do pracy trzeba chodzić.

    Praca jest ważna. Dzięki pracy 80% społeczeństwa ma co do garnka włożyć, ma z czego żyć(biednie czy nie, to już w zasadzie nieważne, ważne, że żyją), dzięki niej nie nudzą się, bo zajmuje większą część dnia, ale czy praca, zajmująca noc może dać mi - komuś, kto pracować nie musi, kto ma co jeść, gdzie mieszkać itd - coś poza pieniędzmi, które zapewne wydam na używki, bądź uregulowaniu długów?

Pracuję w pewnym pubie. Rzadko, bo rzadko, ale pracuję, bo to jakieś odejście od sobotniej rutyny wstawania w godzinach obiadowych, niczego nie robienia cały dzień i całą noc. W sobotniej rutynie jednak się nie męczę, choć czasami powiększanie zasięgu świadomości męczy niesamowicie, a w pracy męczę się niesamowicie. Ile można zmywać ślady ust ze szklanek, ile można chodzić po zadymionym do granic możliwości lokalu, w którym rzesze młodych ludzi się otępiają alkoholem, a potem pieprzą od rzeczy, ledwo mogą wyartykułować zdanie? Ile niszczyć sobie cerę na rękach(tak, tak!, dbam o moje dłonie, są ważne, bardzo ważne) myjąc naczynia? Ile można zmywać zapaskudzone stoliki, zbierać porozwalane szklanki, trwać w tym delirium, które w sobie zawiera wyjście na salę, zebranie wszystkiego(tj. puste szklanki, pełne popielniczki i inne śmieci), wrócenie do kuchni, umycie tego, postawienie na półeczce, by potem postawić na tacy i zanieść do lady, gdzie się dostanie niedelikatną sugestię, żeby wyjść na salę jeszcze raz i jeszcze raz to samo wykonać. I tak przez całą noc, w której się patrzy na nieletnią młodzież, chlejącą ile wlezie, a potem rzygającą w kiblach, gdzie się słucha współpracownika, którego zdolność mówienia “kurwa” 20 razy na minutę, doprawdy wprawia w osłupienie, ale też i bawi. Dlaczego bawi? Bo współpracownik robi knysze, zapiekanki i tak dalej i na kolejne zamówienia reaguję głośnym okrzykiem zawodu, wściekłości “no nie, kuuuuuurwaaaaaaaa!!!”. To jedyny pozytywny akcent w tej pracy. Pieniądze są pieniędzmi, czyli wyłącznie materialną częścią życia, a chciałoby się wynosić z wszystkiego coś metafizycznego, a nie można, bowiem każda fizyczna praca wyklucza metafizykę, a więc wyklucza myślenie o niej, a gdy nie myślę(ja!) o metafizyce, to przestaję myśleć w ogóle, działając jak robot, wyuczona do pewnych czynności maszyna, która robi je mechanicznie i jednostajnie. Aha, czasami ma przerwy. Muszę przecież palić, prawda?

Po całej nocy trzeba iść uprzątnąć burdel, który jest w całym lokalu(wcześniej trzeba było też wyjść na zewnątrz, tam zabrać szklanki, pozbierać śmieci, zamieść taras, zebrać śmieci, posprzątać rozwalone szkło, zebrać śmieci jeszcze raz i wrócić do lokalu), posprzątać kuchnie, zebrać się nieludzkimi siłami i usiąść, by zapalić ostatniego papierosa przed dostaniem pieniędzy. A pieniądze cieszą. Następnego dnia, gdy już mózg zacznie działać i zda sobie człowiek sprawę, że pracował, że trwał w tym delirium i je przetrwał. A potem się pójdzie kupić grama i się radośnie tą lufką, albo dwiema, człowiek zjara, by skupić się ponownie na metafizyce.

Tjaaaaaaa…, praca to coś strasznego i coś fascynującego(przynajmniej TAKA praca), ale w gruncie rzeczy jest naprawdę fajna.

Idę dziś pracować. Życzcie mi miłej nocy.

~ autor Anomandaris w dniu listopad 10, 2007.

Napisz odpowiedź