Obrazkowanie.
Obrazkujecie czasami?
Obrazkowaniem nazywam pewną specyficzną czynność, która zwykle trwa od kilku do kilkunastu sekund, podczas których umysł człowieka odbiera jeden obraz z życia z niesamowitą ilością szczegółów. Taki moment, w którym człowiek zapamiętuje nie jakieś żałosne 10% całego obrazu, czyli jakiś szczególny element ze spektrum widzenia, a cały obraz, pełne 100%, które potem zostaje w pamięci i nie chce z niej wyjść.
Obrazkowanie jest w gruncie rzeczy podobne nieco do opisu dnia, który znamy z Ulissesa, jednak tam mamy opis całych dwudziestu czterech godzin, w których Joice opisuje te właśnie 100% widzenia. Przyznam, że takie widzenie świata byłoby trudne, bowiem sprawiałoby to nieustanny kłopot skupienia się na rzeczach ważnych, które wymagałyby uwagi, a przy nieustannym obrazkowaniu widzielibyśmy szczegóły, które by nas fascynowały i zaprzątały tą niezbędną uwagę. Jednak ta czynność, pojawiająca się od czasu do czasu, w momentach, gdy idziemy pogrążeni w myślach, nagle podnosimy wzrok i widzimy obrazek, który nam zostaje w pamięci, jest czymś fascynującym. Zwłaszcza, że nierzadko sam obraz nie dotyczy chwili obecnej, a tego o czym myśleliśmy.
Nie powiem, zwykle myślę o kobiecie, którą kocham, dlatego gdy obrazkuję, wyskakują mi obrazki związane bezpośrednio z nią, a zwłaszcza - biorąc pod uwagę czynniki, nad którymi się nie będę tutaj rozwodził - związane z naszą wspólną przyszłością. I tak widziałem jak idę po jednej stronie ulicy, a ona po drugiej. Palę papierosa, patrzę gdzieś w dal, a ona nadal po drugiej stronie ulicy, niby oddaleni od siebie, a jednak bliscy, bo rzucamy na siebie czasami wzrokiem, rozumiejąc się bez słów, idąc cały czas, zatrzymując się od czasu do czasu, gdy jakiś kloszard zapyta o złotówkę czy papierosa, a my mu damy, bo uważamy, że kloszardzi to skarbnice wiedzy na temat miasta, a mało kto umie oddać ducha miasta jak nieco pijany kloszard, który aż pali się, by z kimś porozmawiać, nie rozumiejąc dlaczego ludzie go omijają szerokim łukiem i niezbyt chcą z nim rozmawiać. Idziemy tak, zatrzymując się, idąc dalej, paląc, pisząc dymem w powietrzu, gdy się trujemy, mając to w pogardzie, licząc tylko na dzień dzisiejszy i na noc dzisiejszą, podczas której może stać się wszystko i nic. Ulice zatłoczone, delikatnie już zachodzi słońce, ludzie wracają z wycieczek po pubach, restauracjach, a my z przeciwnych stron ulicy rzucamy sobie spojrzenia pełne miłości i widzimy tę miłość niczym most nad ulicą, która cały czas, bez ustanku, nas łączy. Potem wracamy jakimś tramwajem, nadal nic nie mówiąc, obejmując się tylko, badając na nowo każdy szczegół wnętrza dłoni, by wrócić do mieszkania, pełnego książek, pełnego mądrych gazet, w których mądrzy ludzie, piszą mądre(niekiedy) rzeczy. By powrócić raz jeszcze i by jeszcze raz zrobić sobie kawy(słodkiej, białej, z dużą zawartością mleka czy śmietanki), by usiąść w kuchni i popatrzeć jeszcze raz na siebie, by jeszcze raz odkryć tą miłość, ten most, który już nie jest mostem, bo jak mógłby istnieć, skoro jesteśmy góra pół metra od siebie i nie potrzebujemy żadnych mostów, naszymi mostami są dłonie, muskające siebie, gdy strząsamy popiół z papierosów, gdy bierzemy kubki z kawą i gdy idziemy zapalić świecie w zagraconym książkami salonie, a potem słuchać, pijąc kawę i paląc papierosy, muzyki, którą naprzemiennie nastawiamy, by sobie coś przez nią przekazać, by zrozumieć coś, co jest niewypowiedziane, a co muzyka tylko może oddać. Potem koniec kawy, zmrok, papieros na balkonie, wpatrywanie się w nocne światła miasta, którego jesteśmy codzienną częścią, a od którego chcemy się w jakiś sposób odgrodzić, by zostać sami. Potem kolejne spojrzenia, kolejne papierosy, kolejna muzyka i miłość. I miłość, nienasycona, do skutku, do wyczerpania, całonocna miłość, sam akt namiętności, samo wyzwolenie się z ograniczeń ciała i poznanie swojego wnętrza. Potem jej sen, a moje czuwanie przy jej ciele, by zobaczyć jaka jest spokojna o jutro, jaka delikatna się w tym śnie wydaje, jak chciałbym ją obudzić i jej o tym powiedzieć, a jednak tego nie robię i czuwam przy jej ciele, czekając jej powracającej duszy z plejady snów, które z jej duszą grają w grę, której ja sam nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem. Czuwam i zasypiam.
Obrazkowanie w gruncie rzeczy może zastąpić marzenia, bo marzymy o czymś z premedytacją, a obrazki uzyskane w sposób, który przedstawiłem, zwyczajnie spadają na ludzi i zadomowiają się w nich. Można do nich - tak jak do marzeń - dążyć, można je realizować, można w nie wierzyć, można na nie czekać z nadzieją, można je też niszczyć, rozedrzeć na strzępy, by znikły z kartoteki naszych wspomnień.
Ale czy warto je niszczyć, skoro są tak wyraźne i tak pięknie oddają nasze myśli i pragnienia?

Napisz odpowiedź