Gdzie moje papierosy!?
Gdzie są? Gdzie leżą? Gdzie je od niechcenia rzuciłem? Dlaczego muszę ich szukać, skoro wiem, że nie dają niczego oprócz pieprzonego raka w piersi i chwilowej przyjemności dymu w ustach, płucach, się tak rozchodzi z wolna, biegnie przez krtań, pisze dymem w powietrzu wzory, ciekawe serduszka wyobrażeń? Czy to mnie przekonuje?
Absolutnie. Tli się, znalazłem je, nowa paczka, nowe życie, nowe dwa dni, w których czasie będę palił, by żyć, żył, by palić. Do tego oczywiście muzyka, różna od ciężkiego, absolutnie samotnego metalu, do prawie-że-komercyjnej Nirvany i do absolutnie niekomercyjnego Kazika razem z jego Kultem. Gdybym wiedział, to co teraz wiem…, ile rzeczy bym mógł zrobić inaczej. Carpe diem wymaga ode mnie spalania się każdego dnia, tracenia siły na pozornie nieważne działania, które jednak dają mi tyle radości. Czy jednak z choroby można czerpać radość? Chory człowiek tak już nie myśli, carpe diem odpada gdzieś na bok, trącone lekko przez gorączkę, ból mięśni, pieczenie w gardle, ale nadal palę, nadal sie spalam, bo jakże tu inaczej żyć, niż pełnią wszystkiego co mnie otacza? Gdzie moja muzyka?!
Ile dworców mógłbym odwiedzić, słuchając tych piosenek Kazika, tak traktujących lekko, ale i refleksyjnie, o przemijaniu każdego dnia, każdego przyjaciela, każdego znajomego, każdej miłości wreszcie? Ile mógłbym patrzeć na te zimne, brudne dworce, na te kolejowe szyny, obok niedopałków papierosów, myśląc o tym wszystkim, co miałem i co straciłem, o tym co stracić mogę każdego dnia? Każda droga, każdy człowiek, którego znam, czasami się oddala, ucieka ode mnie, sprawia, że mój stosunek się zmienia, że jest inny, nieco bardziej skłonny do irytacji, że kolejna osoba, nierzadko ważna i żyjąca pełnią dla mnie(dla mnie pełnią, tak jak ja pełnią dla niej!), oddala się. By powrócić czy by uciec kompletnie, zrzucić wzajemne stosunki w przepaść wspomnień i czasami tylko wracać nad jej brzeg i przypominać sobie te chwile, te godziny, te sekundy zrozumienia, że to wszystko było takie wspaniałe, takie miłe, takie ckliwe, takie niesamowicie wręcz ludzkie, że czując znowu te sekundy można było płakać z żalu i radości. Czy czekać na powrót tych chwil czy szukać nowych? Czy żyć mocno z każdego dnia, pomimo tego, że się nie ma sił już, by żyć mocno?
Bezapelacyjnie. Coś nowego. Posłuchaj, jak bije serce moje. Dwa razy szybciej niż normalnie, choć nadal prawie śpię, choć ciśnienie cały czas spada i nie chce pozwolić na aktywność, jakąkolwiek aktywność, która niosła by za sobą coś nowego, coś zawierającego w sobie wzruszenia? Nic tylko spać, nic tylko odpoczywać w półśnie, marząc by ten ciepłozimny puch przestał padać i by wyjrzało słońce, by oświetliło nas i by dało siłę na kolejne godziny. To prawda, że ludzie to stworzenia solarne i jestem przekonany, że nigdy nie będziemy inni, bo miłość nasza do słońca jest za duża, by mógł ją zaspokoić zimny blask księżyca czy gwiazd. A ja nadal chcę tej nocy, nadal pragnę mroku, który ukrywa i daje osłonę przed zdarzenia, które mogą łamać i które mogą wzmacniać; zależy jak na nie patrzeć - z optymizmem czy z pesymizmem, albo z realizmem, który wprawia w jeszcze większy smutek i jeszcze większe łaknienie słońca. Łaknienie.
Łaknę Cię, moja droga, łaknę i łaknę. Pragnę i pragnę. Wielbię i czczę. Duszo słońca, wielbię Cię, a Ty tak daleko, niby Twoje światło tak mnie oświetla co dnia, niby daje siłę, ale daje tyle, bym przetrwał, tylko i wyłącznie przetrwał, czy jedynie trwał w tej bezsilności ciała i umysłu, bym czekał na Twoje ponowne przybycie i zaspokojenie mojej żądzy mocy. Czy to nie zabawne, moja duszo słońca? Ja, stworzenie prawie lunarne, chce Twojego dotyku ciepła, a Ty mi tylko dajesz wyobrażenie, ułudę, iluzję tego dotyku, bo nie możesz dać mi nic więcej, oprócz tej ułudy, która daje malutkie porcyjki siły do życia. A co ja mogę Ci dać, światło moich gwiazd, moich wyobrażeń, które znaczą tyle co, wypiszę w tej chwili w powietrzu dymem z tlącego się papierosa? Czy daję Ci stabilność, duszo słońca? Czy daje Ci pewną gwarancję, że tak będzie, że ja nocą, Ty dniem, będziemy sobie stanowić naszą siłę, że ja wieczorami, Ty porankami będziemy sobie rozjaśniać nasze kosmiczne drogi, prowadzące tylko i wyłącznie do następnego dnia, do kolejnej chwili razem, gdy trajektorie naszych ciał znowu się przetną i znowu sobie zapewnimy tyle, by żyć pełnią naszej gonitwy. Ale czy teraz, w dzień, tak silnie zabielający się horyzontem śniegu, mam siłę, by być w nocy i dać Ci kawałek tej siły?
Nie mam, duszo słońca, nie mam. Leżę, siedząc, zwijam się w konwulsjach, próbując cały czas walczyć, faszeruję się medykamentami, które niby mają mi pomóc, a jedynie otępiają, dlatego uciekam, muszę zapaść w błogosławiony puch kołdry, błogość poduszek, dotyk materiału, Twojego materiału, który nadal leży, nadal jest, niczym totem naszego wyścigu, w którym się nie ścigamy my, a ściga się tylko nasz czas, nasz niewspólny czas. Muszę uciekać, muszę zapaść w ten sen o Tobie, duszo słońca, muszę pomarzyć chwilę, wyrwać się z gonitwy, stanąć i pomyśleć. Dlatego uciekam, by stanąć, by pomarzyć i pomyśleć, by znaleźć siłę na wieczór, który będzie sprawdzianem moich mizernych sił.
Uciekam, duszo słońca.

Napisz odpowiedź