Brak dzieciństwa.

Od jakiegoś czasu czuję, że dzieciństwo uszło ze mnie niczym niezbyt świeże powietrze. Rodzicielka ma zawsze twierdziła, że jestem “stary malutki”, jakkolwiek bym to nie interpretował, wychodzi na to, że dzieciństwo moje było preludium do dorosłości, jednak preludium niezbyt miłym i o wiele za dużo dającym. Rzeczy, które powinien poznawać dopiero młody człowiek, z którymi powinien się zmagać nastolatek, miały miejsce już w dzieciństwie. Może dlatego też wyrósł we mnie ten cynizm i ta krytyka tego wszystkiego, co jest wokół mnie? Nie mam pojęcia, ale za dużo było tego, by dziecko – jakim kiedyś niewątpliwie byłem – mogło to zanalizować, a potem dopiero, po czasie, to zrozumieć. Teraz czuję tego efekt, efekt tego, że dzieciństwo było przecięte na dwa okresy, z których żaden nie można nazwać takim prawdziwym dzieciństwem, bo dzieciństwo powinno być poznawaniem świata w sensie pytania “co to? dlaczego to się tak nazywa?”, powinno skupiać się na rzeczach, a nie na relacjach, nie na wzajemnej złości, nie na tłumaczeniu dlaczego jest tak źle, a nie tak dobrze. Dzieciństwo moje więc było czymś dziwnym, jakby zlepkiem tego, co powinienem poznać dopiero później, na przykład dzisiaj powinienem zrozumieć dopiero, że świat się składa z skurwysynów mniejszych i większych, ale nie powinienem tego wiedzieć w wieku 8-11 lat.

Można mówić, że to mnie przygotowywało do życia, że te wszystkie książki, ta cała pasja do poszukiwania, jaką moja rodzicielka we mnie rozbudziła dobrze dla mnie zrobiły, ale jednak – patrząc na dzieciństwo mojej siostrzyczki ciotecznej – czuję przejmujący smutek, że ja nie byłem tak chroniony przed skurwysyństwem ludzi, że musiałem je zrozumieć i stać się pieprzonym cynikiem, który wyśmiewa naiwność, niedojrzałość innych. Sam jestem nadal niedojrzały pod jakimiś względami, powinienem już czuć poczucie obowiązku, ale nie czuję, lekceważę obowiązki, migam się od nich, roztaczam ułudy przed innymi, by nie dostrzegli mojego migania się od obowiązków, choć doskonale wiem, że to i tak wyjdzie, że to i tak będzie miało swoje konsekwencje, które nieraz będą niemiłe, nieraz będą straszne, nieraz walną mną o ziemię i spluną na me połamane ciało.

Jak mi ostatnio powiedziano, panuje we mnie wewnętrzna walka. Spytałem co to znaczy. Dowiedziałem się, że całość mojej osoby składa się z pierwiastka życia matki i ojca, a te pierwiastki ze sobą walczą, dlatego nie jestem spokojny, dlatego jestem nierzadko impulsywny do tego stopnia, że umiem wrzasnąć, ryknąć, rozwalić coś o ścianę, biec przez kilkadziesiąt minut, by ta wściekłość wyparowała. W latach młodości, nieszczęśliwej rzecz jasna(to jeden z etapów mojego dzieciństwa) byłem nastrajany źle do ojczystego pierwiastka przez matczyny pierwiastek mojej osoby. Jeśli to tak zadziałało, jeśli takie nastrajanie ma takie działanie długofalowe, to współczuje mojej siostrze ciotecznej, która przeżywa w tej chwili dokładnie to samo. Biedne dziecko. Pomyśleć, że po iluś tam latach może się o tym dowiedzieć i zrozumieć, by do wewnętrznej harmonii będzie musiała zwyciężyć lata, w której jej wpajano, że jej ojczysty pierwiastek jest zły. Zbaczam z tematu, prawda, duszo słońca? Już wracam na dawne tory, już wracam.

Można powiedzieć, że żałuje, można powiedzieć, że jest mi tego żal. Można powiedzieć też, że to dobrze, że od razu byłem przygotowany na skurwysyństwo ludzi, można powiedzieć, że wiedza, którą niejako uzyskałem mi pomoże w przyszłości, jakakolwiek by ona nie była naznaczona obecnością skurwysynów. (Dużo przeklinam, prawda? To niezbędne niestety.) Martwi mnie jednak czy te doświadczenia lat dziecięcych nie wywarły zupełnie negatywnego wpływu na całe moje życie, bo w końcu słyszy się ciągle, że nasze zachowanie jest uwarunkowane w znakomitej części przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie. Szkoda, że to co było moim dzieciństwem było pomieszaniem małych ilości radości i wielkich garów rozczarowań, smutku i przerażenia. O tak, przerażenie odgrywało tu wielką rolę. Determinowało wielokrotnie zachowania moje, dzięki którym – muszę to przyznać – ratowałem sytuację. Siła strachu, ha ha ha!

Stary maleńki, teraz stary niemaleńki. Kiedyś stary maleńki, poważny, kontemplujący, teraz stary niemaleńki, niepoważny, kontemplujący cynicznie wszystko i wszystkich. Ponoć mam nawet cyniczny wyraz twarz. Cyniczny i arogancki. Czy to dzieciństwo to sprawiło? Nie wiem. Ale chciałbym by ten wyraz twarz nosił w sobie beztroskę i radość, nie cynizm i arogancję.

Dużo pragnę?

~ przez Anomandaris w dniu listopad 10, 2007.

Napisz odpowiedź