Tajemnica Ogrodu Posągów
Terian szedł przez miasto wesołym, raźnym krokiem. Naprawdę podobało mu się w kosmopolitycznej metropolii planarnej jakim było Sulvar’thar. Niewątpliwie niezwykle satysfakcjonował młodzika fakt, że w mieście od jasnej cholery było karczm, spelun, restauracji, pijalni piwa, pijalni wina, szynków, jadłodajni i innych budynków gdzie można było spokojnie się upić i zasnąć pod stołem. Co prawda wiele razy go okradli okoliczni kieszonkowcy, ale Terian nigdy nie żałował. Picie było jego ulubionym zajęciem. W końcu był artystą.
Wędrował sobie tak, zastanawiając się, dlaczego jego pracodawca wysłał go na ten zapuszczony plan, gdzie ponoć znajdowały się „niezwykle interesujące rzeźby”. Razem z trzy osobowym zespołem naukowym został wyposażony w spore fundusze, które zresztą przepił z koleżkami tego samego dnia, jednak nie można powiedzieć, że jego koledzy nie byli profesjonalistami. Na życzenie potrafili sprawiać wrażenie trzeźwych albo prawie trzeźwych. To przydało się kilka razy, ponieważ Straż Miejska tego miasta niezbyt tolerowała awanturujących się mieszańców.
Terian był mieszańcem. Spłodził go, sam się zastanawiał jak to możliwe, żywiołak ognia z jakąś elfią kobietą. Młodzieniec odziedziczył spore, ostro zakończone uszy i, jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, włosy z płomieni. Nadawało mu to iście egzotycznego wyglądu na własnym planie, jednak tutaj, w Sulvar’thar, był po prostu jednym w wielu. Wszędzie pałętali się mieszańcy najróżniejszych ras, od krzyżówek demonów z żywiołakami, przez krzyżówki niebian z czartami, kończąc na paskudne krzyżówki elfów i orków. Jakby nigdy nic chodziły sobie stwory, przed którymi Terian uciekał nie raz, gdy miał nieszczęście wplątać się w jakąś awanturę. Wielkie jak domy giganci kłócili się z maleńkimi gnomami, które ledwo sięgały im do cholew butów, demony pałaszowały jakiegoś, przed chwilą zabitego półelfa, a to wszystko w wiecznie żywym Mieście Nieba i Piekła. Było cudownie.
Doszedł właśnie na szeroką brukowaną ulicę, która aż roiła się od różnego rodzaju istot. Przeczytał na żelaznej ramce nazwę „Księżycowe Aleje”.
- Oho! Tutaj miał być ten cały bibliotekarz, Sareloth czy jak mu tam, który miał coś wiedzieć o tych posągach… – powiedział do siebie, a jakiś demon przechodzący obok, który usłyszał wypowiedź mieszańca, nazwał go „cholernym gadającym do siebie gównojadem”. Terian wzruszył ramionami. Tanar’ri przeważnie były czarująco miłe.
Nie bacząc jednak na pochlebstwa demonów, mężczyzna ruszył ulicą potrącany i przewracany przez większych i bardziej ohydnych od siebie osobników. W końcu, po niemałych trudach dotarł do małego sklepiku, na którym wisiał szyld „Antykwariat Sareloth’a”. Pod nim wisiała żelazna tabliczka „Nie masz pieniędzy – nie wchodź”. I tym razem Terian zupełnie zlekceważył czyjeś słowa i wszedł do sklepu, gdzie od razu go owionął zapach starych ksiąg, stęchłego inkaustu i nie wiedzieć czemu brudnych gaci. Skierował się do lady, za którą siedział z niezbyt zachęcającą miną mroczny elf. Była to rasa złych, mściwych elfów, które za sprawę nadrzędną uważały zabicie wszelkich istot i panowanie nad światem.
- Czego? – przywitał go niemiło właściciel antykwariatu, ale to go akurat go nie zdziwiło. Uprzedzono go, że mroczny elf jest zgorzkniały i antypatycznie nastawiony do wszelkich istot.
- Dzień dobry! Mój znajomy Elear umawiał mnie z panem, by porozmawiać o tych rzeźbach. – odpowiedział łagodnym głosem Terian i skłonił lekko głowę przed wiekowym elfem.
- Tja… Pamiętam. To czego szukacie jest w Ogrodzie Posągów. Tam macie kilka rzeźb, posągów, jak kto woli, które stoją tam od czternastu tysięcy lat, biorąc pod uwagę te pisma. – wskazał na kilkanaście sporych tomisk, leżących na pobliskim stojaku.
- Sporo czasu, jak na moje oko. Co jeszcze o nich wiadomo? – zapytał tłumiąc ziewanie mieszaniec i pomyślał, jak bardzo chce mu się pić.
- Ponoć są przeklęte, są w miejscu wybitnie nieprzyjaznym dla śmiertelników, nikt ich nie dotknął od tysiąca lat, a ten kto to zrobił, umarł wieszając się własnymi jelitami. Jak wytrzymał ból wyciągania ich na wierzch, nie wiadomo… – powiedział złośliwie elf i zaczął porządkować jakieś papiery.
- Ach, ciekawa perspektywa, nie ma co… – mruknął pod nosem ogniowy genasi, przeczesując swoje płomienne włosy. – Dasz mi kogoś, kto by mnie tam zaprowadził?
- Nikt tam nie pójdzie. Nikt się nie odważy. Posągi leżą w Dolinie Potępionych, a tam nie wiem czy sam Kathargos by wszedł… – elf wspomniał najpotężniejszego maga w mieście, który aktualnie przewodniczył gildii czarodziejów.
- Przesadzasz… – powiedział kpiąco Terian i spojrzał na świeżo przepisane dokumenty. – Te kopie to dla mnie?
- Jasne. – odrzekł elf i przekazał mu kilkanaście stron wypełnionych informacjami na temat Ogrodu Posągów. – Przeceniasz się chłystku. Wielu przypłaciło życiem pragnienia odkrycia tajemnic, które spoczywają w spokoju od tysięcy lat. Lepiej ich nie budzić.
Jego klient jednak już odchodził w stronę drzwi, przed nimi samymi imitując wargami wielce niecenzuralny dźwięk, który zwykle używały krasnoludy, jak chciały zlekceważyć wypowiedź swego rozmówcy. Efekt był. Drow zaklął ze złością, gdy tamten umyślnie trzasnął drzwiami.
Jakiś czas później szedł ulicami wielkiego miasta, dziwiąc się czemu, na bogów, tak mało tu ludzi w tej dzielnicy. Wysokie kamienicy piętrzyły się w górę, rzucając cień na wąską uliczkę, którą Terian właśnie szedł, przeklinając pod nosem, zapachy którymi raczyły go kanały. Kilkakrotnie pytał o drogę przechodniów, którzy jednak zgodnie z uniwersalną zasadą częstowali go „sukinsynem” albo najzwyklejszym „spieprzaj dziadu”. Dowlókł się wreszcie do Filarów Sulvar, najstarszej części miasta, gdzie wiele budynków teraz stało w ruinie i gdzie roiło się od niezbyt przyjemnych mieszkańców. Prawdę powiedziawszy, Filary zaczynały przypominać Slumsy, z tą różnicą, że w Slumsach smród był o wiele bardziej urozmaicony, wzbogacony wieloma składnikami organicznymi niekoniecznie pochodzenia trzewio-jelitowego; czasami można było znaleźć w rynsztokach nawet pływające ręce czy nogi. Szczytem wszystkiego był trup jakiegoś ogra, który nie miał, co tu dużo gadać, genitaliów, za to wyposażony był w napis na klatce piersiowej „teraz już nie pociupciasz”. Dotarcie do samego Ogrodu Posągów zajęło mu troszkę czasu, ponieważ labirynt ulic był doprawdy pomyślany tak by nawet minotaury się gubiły.
Najpierw zauważył wysoki mur z szaroburego materiału nieokreślonej postaci, który otaczał wystające ponad drzewa z liśćmi o barwie krwi. Terian zrozumiał dlaczego nikt nie lubił tutaj przebywać. Miało się wrażenie, że ich zwykła fotosynteza została wzbogacona o substancje, które w obfitości zawiera ludzka krew. Mieszaniec przełknął ślinę. Nie pomogła nawet setka likieru jakiegoś gnoma, który zapewniał, że jest to niezawodny trunek na pokrzepienie odwagi. Z jakiegoś nieznanego powodu Terian czuł strach, ale nie ugiął się, w końcu był artystą. A oni zawsze są lekkomyślni, idiotyczni wręcz zaślepieni poczuciem, że muszą wszystko zrobić dla sztuki. Wszedł przez uchyloną lekko bramę.
Ogród prezentował się naprawdę pięknie, choć to piękno zaprawione było jakąś dziwną nostalgią. Ogród ten był rozmieszczony na kilku kondygnacjach. Na samym dole znajdowały się potężne drzewa, głównie dziwne gatunki wierzby o krwistych liściach i wyjątkowo powyginanych pniach. Mnóstwo krużganków, tarasików o wielu piętrach zdobiło ten ogród, a na każdym tarasie rosły klomby pięknych czerwonych róż, obok których stała ławka. Zawsze jedna. Terian doprawdy nie mógł pojąć jak takie piękne miejsce nie było często odwiedzane, choć zrozumiał to doskonale , gdy tylko wynurzył się z pierwszego zalesienia owych czerwono-listnych wierzb. Zaatakował go wielki, niemal trzy metrowy, minotaur mierząc w jego głowę wielkim toporem. I choć likier miał dodać odwagi, mieszaniec wrzasnął ze strachu i odskoczył kilka metrów przerażony, zanim zorientował się, że to tylko posąg, choć wykonany z niesamowitą dbałością o szczegóły. Gdy się widziało rzeźbę kątem oka można by przysiąc, że ruszała ona gałkami ocznymi, a beczkowata, obrośnięta gęstym futrem pierś wznosi się miarowo. Artysta otrząsnął się szybko. Przecież artysta w służbie Pani Sztuki niczego się nie boi. Tylko dlaczego gdy mijał kolejne rzeźby, ogarniał go coraz większy strach? Może to świadomość, że zbliża się do rzekomo przeklętej ziemi Doliny Potępionych, która ponoć była ziemią wybitnie nieprzyjazną dla śmiertelników?
Spodziewał się czegoś innego. Gdzie się podziały wielkie postrzępione mury, furtka z motywami przerażających demonów, i oczywiście stada kruków siedzących na okolicznych drzewach? Zobaczył natomiast gęsty splot dziwnego bluszczu, który grubo porastał mur, otaczający Dolinę Potępionych. Furtka była zwykłymi żelaznymi drzwiami bez żadnych ozdób, nie licząc napisu który głosił „Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate” . Terian z typową dla siebie ignorancją, zupełnie olał inskrypcję i poszedł dalej, wkraczając w kolejne nieoczekiwane przez niego miejsce. W przeciwieństwie do reszty Ogrodu ten obszar był równie surowy jak największe szczyty Enigmaium. Małe, karłowate wierzby, bliźniaczo podobne do poprzednich, gęsto pokrywały cały obszar Doliny Potępionych. One również wytyczały ścieżki, cały czas prowadzące w dół. Co bardziej przerażające wydało się mieszańcowi, że gdy schodził wierzby były coraz większe, aż wreszcie zamknęły widok na niebo i upuściły swe krwawe ramiona liści na biednego artystę wykonującego tylko swoją pracę. Dotarł do celu swej wędrówki po coraz mniej przyjemnym przedzieraniu się przez gąszcz drzewek, które jakby chciały go zatrzymać, by nie szedł w to miejsce. Zobaczył najpierw maleńką polanę, otoczoną takimi samymi drzewami, do której dochodziło światło. Padając z boku wyglądało jak jakiś boski promień, który miał oświetlić to miejsce i przekonać o jego nieszkodliwości. Efektu nie było. Wokół skrajów polany czaiły się niemiłe oku cienie, które wydawały się na dodatek nieustannie poruszać. Terian wszedł na polanę i spojrzał po raz pierwszy na rzeźby.
Uderzyły go swoim pięknem. Pięknem wręcz nieopisanym, pięknem strasznym i przerażającym. Po idealnie odwzorowanych obliczach postaci sześciu mężczyzn i trzech kobiet spływały kryształowe lśniące łzy, dodające tym figurom z marmuru jakiejś przerażającej udręki. Ciała ludzi uwiecznionych na posągach były rozstawione półkolem, z czego każda ręka figury była wycelowana w środek, tam gdzie padało światło. Terian poszedł z ociąganiem na środek polany, patrząc z zafascynowaniem na padające promienie światła. Nagle poczuł się wyjątkowo paskudnie. Bardzo wyjątkowo paskudnie.
Tego dnia było pochmurno.
* * *
Telerion siedział w szynku „Chmura Wymiotów” i uchylał się przed takowymi. Czuł się wykorzystany i moralnie zgwałcony. Jego przyjaciele, tak określał bandę z którą wiecznie pił, poszli sobie do bogatszych dzielnic jemu zostawiając pilnowanie dobytku, który w tym przybytku nie pilnowany zniknąłby po góra trzech uderzeniach serca. Telerion był zły, ponieważ piwo zawierało chyba więcej szczyn i pomyj niż alkoholu, Telerion był zły również dlatego, że jego kompan, niski barczysty krasnolud, wykorzystawszy moment jego nieuwagi zwymiotował mu do tego piwa, plamiąc również nowiusieńką, wczoraj zrabowaną z jakiego trupa, płynącego rynsztokiem, kamizelkę. Jednak gdy wymiociny krasnala spoczęły na dnie jego piwa, uśmiechnął się łagodnie i dopił trunek. Dlaczego? Bo teraz na pewno był smaczniejszy niż przedtem.
Krasnolud mruknął coś przez sen i niemal nieświadomie uchylił się przed chmurą barwnych wymiocin lecących w powietrzu. Telerion nie miał takiego szczęścia. Wstał z wzburzoną miną i dostał kuflem po twarzy. Z konsternacją stwierdził, że ma w dupie ekwipunek towarzyszy i zaczyna nowe życie. Wziąwszy resztę ich pieniędzy, wyszedł z karczmy, zaczynając nowy wspaniały żywot. Po dwudziestu minutach jego trup płynął rynsztokiem.
Kerna „Zabójczyni Niedowiarków” wytarła sztylet i schowała sakiewkę za pazuchę. Przejrzała pobieżnie dokumenty i zauważyła, że listy wspominają o jakimś Terianie, który jest przywódcą owej wyprawy. Miał on skontaktować się z Sarelothem odnośnie starożytnych rzeźb w Sulvar’thar.
- Starożytne rzeźby… – wyszeptała przerażona, widząc przed oczyma obraz dziewięciu posągów stojących w kręgu przy promieniu światła. Nie minęło dziesięć minut, nim Kathagros Nethrazin wiedział o całym zajściu.
* * *
Terian spojrzał z fascynacją i przerażeniem na światło i nagle upadł porażony wszechogarniającym bólem wszystkich komórek swego ciała. Rzucał się po polanie, cudem unikając przewrócenia posągów, jednak nie unikając dziwnego promienia światła. Gdy tylko dotknął go złoty promień, padający niewiadomo skąd, świat się zatrzymał. Jego ciało zapłonęło żywym ogniem. Ręce stały się nagle bardzo ciężkie i toporne. Łzy popłynęły po jego policzkach, jednak nie upadły, zostały na jego licach, tworząc kryształowe malutkie łezki, wtopione w skórę. Patrzył nieprzytomnie jak z jednego posągu odpada kamień, kawałeczek po kawałeczku. Ukazała się gęsta, długa biała broda, z wczepionymi weń pierścieniami. Po chwili, gdy już ręka Terania była całkowicie unieruchomiona, tamten wyszarpnął swą dłoń z kamiennej pokrywy i popatrzył czerwonymi, gorejącymi oczami na swą rękę. Gdy przeniósł wzrok na mieszańca, tego uderzył strumień bólu i zdążył poczuć gwałtowne oziębienie, nim stracił czucie w całym swoim ciele.
Gdy ponownie mógł skupić wzrok zdążył zauważyć jedną postać na polanie. Był nią brodacz o łysej czaszce, który prostował się, stojąc obok promienia światła. Wyginał palce, skakał, biegał wokół polany niczym dziecko. Terian nic nie mógł zrobić, chociaż próbował ruszać ręką, albo wydobyć głos, ze ściśniętego gardła.
- Nic to nie da dziecko, lepiej się uspokój i czekaj na swoją kolej. – rzucił jakiś kobiecy głos, który mieszaniec wyraźnie usłyszał w swoim umyśle.
- Kto…? Jak moja kolej…? – pomyślał artysta, zamieniony w rzeźbę i patrzący na mężczyznę, który teraz przeklinał głośno, przy czym uśmiechał się niezwykle szeroko.
- Nieważne kto, przecież Ci nie pomacham, głupcze!
- Nie rozumiem, Sylis po co się trudzisz…To głupiec… - odezwał się męski, gardłowy głos w głowie Teriana, a raczej w kawałku marmuru, który teraz był jego głową.
- Nabierze doświadczenia, jak my wszyscy. A Ty Adelonie, siedzisz tu już dobre czterdzieści tysięcy lat, więc doskonale rozumiem, że ci się śpieszy wyjść, ale nie nazywaj każdego, który jest de facto teraz naszym towarzyszem, głupcem.
- Otóż to…Wszystkiego się zdąży nauczyć… - odezwał się głęboki, elfi głos.
- Zanim on nabierze doświadczenia, to ja będę już rządzić tą kupą ruin, a ty Sylis z Twoim zasranym kościołem mi nie przeszkodzisz.
- To się okaże stary durniu, to się okaże…
Brodacz nagle zakrzyknął gromko i w jego rękach zmaterializował się spory, wyszywany srebrem pas, z którego tamten zaczął wyjmować kolejne magiczne przedmioty.
- Stroi się, idiota. Nie da rady przejąć władzy nad miastem…- odezwał się elfi głos.
- Gotowyś założyć się, panie leszy? O kolejne dwadzieścia tysięcy lat odsiadki? – zapytał ten głos, ewidentnie kobiecy, nazywany Sylis.
- Tak, pani bogini, ale jak wygram, wychodzę, nudzi mi się wasze towarzystwo…
- Zgoda. Twoja wola, Dergothcie.
- A co ze mną? – zabrał głos Terian, obserwując inne posągi swoimi marmurowymi oczyma. Na jego pytanie odpowiedział wybuch śmiechu, który praktycznie sparaliżował mu umysł.
- Co z Tobą, pytasz nasz Ty młody głupcze? Jesteś ostatni w kolejce do wychodzenia, więc albo zyskasz szybko wielką potęgę i wywalczysz sobie drogę do wyjścia, albo będziesz tu siedział kilkadziesiąt tysięcy lat. Na Twoje szczęście, pan leszy polubił to miejsce, więc on ci pewnie dotrzyma towarzystwa…- powiedział kojący kobiecy głos, gdy brodacz wsunął sobie na głowę diadem z pięknymi trzema rubinami.
- Kilkadziesiąt tysięcy!?
- Może nie zauważyłeś…- powiedział ten gardłowy głos, gdy brodacz wychodził z polany. – … ale właśnie Ci powiedziano, że otrzymałeś quasi-nieśmiertelność…
* * *
Marcus nie czuł się nigdy lepiej. Znów oddychał powietrzem, prawdziwym powietrzem, pełnym smrodów i pięknych zapachów. Znowu chodził, znowu śmiał się, znowu płakał ze szczęścia. Życie nagle było cudowne. Ile można było siedzieć z tymi pieprzonymi hipokrytami, którzy wiecznie oddziaływali na Sulvar’thar z ich posągowych kryjówek? Ile można było słuchać tej jędzy Sylis i tego pieprzonego zarozumialca Adelona? Ile znosić pogardliwego milczenia Degaroth’a? Musiał wyjść i w końcu wyszedł, dzięki pomocy jakiegoś idioty, który nie uważał na przestrogi. Gdy został zaatakowany jego siłą woli, musiał w końcu wpaść w krąg światła. Całe wieki wieków Marcus czekał na ten moment. Jego wiedza w ten czas urosła dziesięciokrotnie, a moc co najmniej czterokrotnie. Nie musiał nikogo się obawiać. Absolutnie nikogo.
Szedł właśnie wąską ulicą, gdy zaczepił go jakiś żebrak błagając go o jakiś marny grosz. Mag popatrzył na niego współczująco i posłał zaklęciem na ścianę budynku, gdzie ciało eksplodowało od siły uderzenia. Marcus zachichotał. Życie było takie przyjemne!
* * *
Kathagros słuchał relacji Kerny z przerażeniem, które rosło, gdy w miarę jak kontynuowała swą opowieść. Ktoś polazł do Ogrodu Posągów, myślał gorączkowo, patrząc przez okno swej wieży na rozpościerające się w dole Sulvar’thar. Ogród malował się czerwienią na szaroburym tle Filarów Sulvar.
- Słodka Neftydo! Byleby nie wpadł w promień, błagam Cię Neftydo! – zawołał autentycznie przestraszony.
- A co się stanie, gdy dotknie promienia? – zapytała, racząc się winem, Kerna. Przewodniczący rady gildii magów spojrzał na nią wilkiem.
- Zostanie uwolnione coś co jest zdolne, zniszczyć całe miasto. – odparł krótko.
- Aha.
- Trza powiadomić radę i Straż Miejską. Wszyscy magowie muszą być w pogotowiu. Twoja gildia również, kochana. Zawiadom również Wiedzących, może oni coś wymyślą. – powiedział zdesperowanym głosem mag i wypił kielich wina kilkoma łykami. Nie zwrócił uwagi, gdy butelka sama się podniosła i ponownie napełniła puchar.
- Tak, tak. Powiadomię. Pilne? – zapytała, jak zwykle niczym się nie przejmując, Kerna.
- Cholernie pilne! Wiesz co to oznacza?! To może być koniec Enigmaium, idiotko! – warknął na nią mag, ale jego ręce mimowolnie zatrzeszczały energią.
- Nie unoś się, bom gotowa pomyśleć, że jesteś na mnie zły. – Kathagros milczał długo, po czym powiedział:
- Wybacz mi, kochana. Po prostu zależy mi na tym mieście. Tutaj mam przyjaciół, władzę, spokój i Ciebie, najdroższa.
- Dobrze, Kathagrosie. Już ich mnie nie ma. – wypowiadając ostatnie słowo, skrytobójczyni zniknęła w chmurze śmierdzącego dymu. Mag zaklął brzydko i pomyślał, że mu się należało. Nie należy tak zwracać się do kobiety, którą się kocha. Zbliżył do ust srebrny pierścień z bursztynem w środku do ust i powiedział.
- Drodzy przyjaciele, chcę Was widzieć w moim gabinecie za trzydzieści sekund. Nieważne co robicie i gdzie jesteście, macie tu być. Sprawa jest poważna – nim powiedział ostatnie słowo w jego gabinecie pojawiło się kilka postaci, w tym osuszony szkielet i mężczyzna z płonącymi szatami.
- O co chodzi tym razem? – zapytali, gdy już wszyscy pojawili się w gabinecie.
- Ogród Posągów ożył. – odpowiedział niezwykle krótko Kathagros i z niejakim zadowoleniem oglądał wyrazy przerażenie na ich twarzach. – Przekażcie swoim uczniom, że mają być w gotowości. Jestem pewny, że niedługo o uciekinierze usłyszymy, a wtedy musimy być w pełni gotowi, jeśli by go nie zabić, to przynajmniej odpędzić.
- To jest możliwe? – zapytał szkielet, przywódca gildii nekromantów, głosem suchym jak jego kości.
- Zabicie nie. Odpędzenie tak. – odpowiedział ten w płonących szatach. –
- Cudownie. Wymknęła się istota o przewyższającej nas mocy, a mamy z nią walczyć.
- Ktoś musi.
- Tylko dlaczego my? – zapytał szkielet.
- Pamiętacie przysięgę Sylis? – zapytał przewodniczący rady magów, a jego podwładni pokiwali milcząco głowami. – No to macie wyjaśnienie. Do roboty.
Nie minęło dziesięć sekund, a w gabinecie nikogo nie było. Kathagros uśmiechnął się mimo woli.
- Zapowiada się cudowny dzień…
* * *
Zdenerwował go jakiś ork, sikając na mur jednej ze zniszczonych kamienic. Po chwili ork ulotnił się wraz ze smrodem spalonego mięsa i stopionego kamienia. Marcus wędrował wesoło przez miasto, paląc to co mu się nie podobało. Wkroczył do Slumsów, z uśmiechem na ustach patrzył na jak kieszonkowcy i mordercy szykują się, patrząc na jego rubinowy diadem. Uprzyjemnijcie mi dzień, pomyślał Marcus i posła kulę ognia w skupisko ludzi. Członki, flaki, kawałki jelit poleciały w powietrze, opryskując wszystko wokół. Gdzieś zabrzmiał krzyk, który przerodził się w pisk, gdy ów krzykacz zobaczył chmarę wirujących mieczy lecących w jego kierunku. Krzyk urwał się bardzo gwałtownie.
Niedawno Uwięziony szedł sobie spokojnie przez Slumsy, patrząc na chmary szczurów objadających resztki różnych istot, które znaczyły jego drogę. Pierwszą przeszkodę napotkał niedaleko portu, gdzie zobaczył go jakiś uczniak maga. Nie zdążył nawet otworzyć ust, gdy jego szczątki poleciały na burtę jakiegoś statku, gdzie rozpłaszczyły się, a potem ześlizgnęły z ohydnym mlaśnięciem, który wywołał szczery śmiech Marcusa. Niewiadomym jakim sposobem nagle przed nim stanął patrol Straży Miejskiej, a wiadomym było, że tylko ostatni szaleńcy chodzili na patrole do drugiej części portu. I również szaleńcy rzucili się na Uwięzionego, który dla odmiany wyjął długi wąski, obosieczny miecz i wdał się z nimi w walkę. Gdy cienka klinga uderzyła o paradę, z dłoni Marcusa poleciał strumień płynnego żelaza, które oblepiło jednego z strażników, zamieniając go w stygnącą statuę z metalu. Dla zabawy parował ich ciosy i pozwalał niekiedy się trafić, dając im złudną nadzieję, że uda im się go zranić. Głupcy, pomyślał, gdy jego ręka, zamienione w szpony jakiegoś wielkiego ptaka , rozdarła pierś jednego z nich i wyjęła bijące jeszcze serce. Telekinezą posłał jednego na maszt któregoś z okrętu, gdzie tamten zaplątał się w liny i wisiał nie mogąc nic zrobić.
Pozostali nadal szachowali go mieczem, atakując na przemian długimi jednosiecznymi ostrzami. Odbił oba silnym ciosem, który najprawdopodobniej wytrącił im kości ze stawów i rzucił zaklęcie, które wytworzyło kilka kul kwasu. Pierwszy dostał w twarz maleńką kulą, która go zabiła na miejscu, po następnych została jedynie spieniona żółto-zielona krew.
- Jaki piękny jest świat! – krzyknął rozdzierająco w powietrze Marcus, a okolica zamarła z grozy.
* * *
Straż Miejska zwołała ponad tysiąc wojaków i blisko setkę magów pod swoją komendą. Gildie przysłały wszystkich swych uczniów, a było ich blisko sześciu setek. Kupcy się wykpili z obowiązku oddania swych żołnierzy swoim zwyczajnym „my nie mamy żadnych żołnierzy”. Kościół Sylis dał ponad dwie setki kapłanów. Na głównym placu Sulvar’thar zebrał się ogromny tłum zbrojnych, którzy przepędzali bezmyślnie gromadzącą się ciżbę. Kathagros z konsternacją słuchał pewnego dialogu jakiegoś małego ulicznika z dowódcą jednego z oddziałów Straży Miejskiej.
- Co to parada?
- Spieprzaj stąd gnoju!
- A czemu nosi pan miecz na plecach?
- Bo mi wiosło ukradli! – dzieciak zrobił niewiele rozumiejącą minę, po czym czmychnął z gracją kota, gdy żołnierz się na niego zamachnął pięścią.
Kathagros wykonał kilka zawiłych gestów rękoma i zobaczył mleczny owal, w którym jakiś mężczyzną z długą, białą brodą szedł przez miasto, paląc okoliczne budynki i zabijając przechodniów. Wnioskując z wielkich rynsztoków, musiał być to port. Mag mimowolnie pomyślał, że dziś kanałami popłynie troszkę więcej trupów niż zwykle. Spojrzał na wojsko. Co najmniej połowa z nich zginie, zanim uda się wystarczająco osłabić Uwięzionego, by go wypędzić z Enigmaium.
- Szlag z nimi, ważne że miasto przetrwa… – mruknął pod nosem, nie wiedząc, że Arcykapłanka Sylis stoi koło niego.
- Co mówiłeś, Wielki Magu? – zwróciła się do niego od lat nie używaną nazwą przewodniczącego gildii magów.
- Mówiłem, że cieszę się, że przybyli Twoi kapłani, Arcykapłanko… – było oczywistym, że kłamał. Ona również to widziała, dlatego następne pytanie brzmiało.
- Ilu z nich przeżyje? – Wielki Mag długo myślał nad odpowiedzią.
- Góra jedna dziesiąta.
- Uda wam się go zabić?
- Zabić nie, ale odpędzić powinno się udać… – był zmuszony odpowiadać szczerze. Kapłanki Sylis z łatwością czytały w myślach, pomimo nawet najpotężniejszych osłon.
- Co z miastem?
- Przetrwa, ale będzie wymagało odbudowy. – rzekł ponuro Kathagros. Wszyscy wiedzieli, że dla niego miasto było więcej warte niż życie kogokolwiek. Może za wyjątkiem Kerny.
- Cieszę się z Twojego pozytywnego myślenia. Razem z wiernymi będziemy się modlić o Wasz sukces w Katedrze Czterech Krańców… – powiedziała zwierzchniczka religii panującej w mieście, wspominając nazwę największego budynku w mieście, Świątyni Sylis. Kathagros jedynie skłonił się i popatrzył z owal, w którym Uwięziony zbliżał się do głównego placu.
- Czas się przygotować. – powiedział Wielki Mag i polecił swoją duszę Neftydzie. – Czary ochronne! – jego głos potoczył się gromem przez oddziały, a zaklęcia zaczęły rozbłyskiwać wokół zebranych czarujących. Zwykli żołnierze również dostali magiczną ochronę, bez której by z pewnością zginęli. Mało kto wiedział, że dla Uwięzionego, a teraz Uwolnionego, taka osłona to jak przebijanie bańki mydlanej ostrzem rapiera. Mało kto.
* * *
- Panie elfie, nadal pan jest przekonany o własnym zwycięstwie?
- Oczywiście, Sylis. Jak zwykle będę miał rację. Tak było od tysiącleci i tak będzie teraz.
- Niech cię szlag, durny długouchy kretynie!
- Ośmielę się z panem nie zgodzić. On nie zapanuje. Wy to też czujecie.
* * *
Marcus spokojnie zbliżał się do placu. Jakże on chciał zobaczyć tą kolorową mozaikę, o której tyle słyszał od ludzi, przebywających w Ogrodzie Posągów. Ratusz też ponoć jest piękny, zasłyszał w umysłach jakiś niziołków, nieświadomych jego obecności w ich wątłych rozumkach. Tyle rzeczy czekało na jego przybycie!
Nagle stanął jak wryty. Po raz pierwszy czuł takie zgromadzenie mocy. Po raz pierwszy od wielu lat, bardzo wielu lat. Na placu czekała go niespodzianka. Niechaj i tak będzie. Przeniósł się kilkoma wymiarowymi drzwiami na szeroką ulicę, prowadzącą do Ratusza, przez plac i zobaczył wielotysięczny tłum zagradzający mu przejście na plac. Otoczył się kilkoma ochronnymi czarami i nagle pojawiło się wokół niego przestrzeń pełna wirujących kling. Pobiegł prosto w tłum. Nie przeszkadzała mu krew zalewająca mu oczy, nie przeszkadzały mu odcięte kończyny uderzające w jego tarcze ochronne, nie przeszkadzał mu smród treści jelit. Ważne było, że zabijał. Siał terror. Siał zniszczenie.
Tłum wyjącą, skrwawioną masą rzucił się do ucieczki. Ile istot zostało stratowanych, ile zmiażdżonych, ile rozniesionych przez szalejące miecze Uwolnionego, tego nikt nie wiedział. Ważne było, żeby zachować życie. Tłum zmartwiał, gdy usłyszał komendę, która jak grom potoczyła się przez plac i okoliczne ulice.
- Uderzać!
* * *
- Uderzać! – zabrzmiał okrzyk Kathagrosa i setki czarów, tysiące pocisków poleciało w rozszalały tłum i wirujące miecze przebijające się ciżbę. Kule kwasy, kule ognia, magiczne promienie, przeżarły się z śmiertelnym skutkiem przez początkowy opór ciał, ale dotarły do wirujących mieczy, które w ułamku sekundy zamieniły się w parującą stal.
Bełty, strzały, kule z proc poleciały wysokim łukiem i utworzyły wielkie koło, wokół Uwięzionego. Żadna nie trafiła celu.
- Uderzać – żołnierze usłyszeli kolejny okrzyk Wielkiego Maga. Po raz kolejny magiczne pociski przypominające sztylety pomknęły w stronę brodacza, otoczonego przez ciała zabitych. I po raz kolejny nic mu nie zrobiły. Grad strzał wzbił się powietrze i zaczął upadać lecąc prosto na niego. Wszystko to co nie było magiczne i miało go trafić, zamieniło się pył, gdy tylko na to spojrzał. Dym zasnuł okolicę.
- Ładować! – kolejny okrzyk, chwila wyczekiwania, aż cel pojawi się pośród dymu. Jedna krótka chwila. Za długa.
* * *
Marcus był zły.
Jakieś robaki polowały na niego z użyciem śmiesznie słabej magii i żałosnych kawałków drewna. Szedł przez dym, rzucając kolejne czary ochronne. Co za pieprzeni ignoranci, wykrzyczał w myślach Uwolniony, z taką magią na mnie?! Na zdobywającego potęgę przez kilkadziesiąt tysięcy lat?! Pożałują!
Przez dym wyleciało kilkadziesiąt kul ognia, które pochłonęły w żrącym deszczu siarki i ognia dziesiątki istnień. Deszcz płynnego żelaza opadł na kompanię, która ruszyła do ataku, skutecznie umożliwiając jej dalsze posuwanie się naprzód. Kilka olbrzymich rąk ruszyło na kolejną kompanię Straży Miejskiej, która szykowała właśnie łuki. Tarcze ochronne Marcusa odbiły co najmniej dwie dziesiątki zaklęć, które wróciły do przerażonych czarujących. Rozległy się krzyki poparzonych i jęki dogorywających.
Do Uwolnionego dotarł niski zaśpiew, który dochodził zza szeregów tego nędznego wojska. Umysł Marcusa, gdzieś na granicy świadomości, pochłonięty odbijaniem zaklęć, zauważył, że kilkoro potężnych magów stało w kręgu i rozpoczynało rzucanie jakiegoś potężnego zaklęcia. Powodzenia, pomyślał wesoło i posłał tam kulę wrzącej rtęci, która jednak rozprysła się, przy uderzeniu w magiczną tarczę.
- A chędożył was pies! – zawołał z języku sprzed tysięcy lat Marcus, a jego okrzyk przetoczył się gromami nie przez Sulvar’thar, nie przez Enigmaium, ale przez wszelkie plany. A ci którzy go usłyszeli zamarli z przerażenia.
Pierwsza czerwona błyskawica przerwała jego tarczę i cisnęła nim o bruk. Zupełnie zaskoczony spojrzał na kobietę, która stanęła mu na drodze. Wysoka, dość tęga, jednak o nieustępliwym i niewątpliwie zdeterminowanym wyrazie oczu. Wniosła ręce, a kolejny piorun odesłał go dziesięć metrów dalej.
Marcus był zły.
* * *
Kathagros spojrzał z niedowierzaniem na Arcykapłankę Sylis, która w pojedynkę wysunęła się przed szereg i atakowała istotę, która spopieliła czwartą część jego sił, w ciągu góra minuty. Zaklęcia rozbłyskały i gasły z szybkością większą niż ktokolwiek mógłby sobie to wyobrazić. Ale kobieta słabła. W przeciwieństwie do przeciwnika nie miała tysięcy lat i nie mogła wytrzymać długo tak szybkiej wymiany zaklęć. Jedno z zaklęć osłabiło jej tarczę ochronną, a drugie przeleciało z wizgiem przez jej ciało, powodując jej nagłe postarzenie o jakieś dwadzieścia lat.
- Skupcie się na rytuale, wspomogę Was… - odezwał się w jego umyśle głos potężniejszy niż Uwolnionego. Wielki Mag wolał nie wiedzieć do kogo należy. W tkane zaklęcia włożył jeszcze więcej sił niż dotąd kiedykolwiek wydobył ze swego marnego, śmiertelnego ciała. Zaśpiew magów wzniósł się o ton w górę.
* * *
- Elfie! Oszukałeś nas!
- Długouchy idiota…
- Pieprzony wielbiciel śmiertelników! – rozległy się oburzone okrzyki reszty Uwięzionych.
- Nie wspominałem, że im nie pomogę, droga Sylis. Widać Twój pobyt tutaj niewiele Cię nauczył… Brodacz przestanie istnieć. I dobrze, bo od jakiś dwunastu tysiącleci działał mi na nerwy.
- Ale to nie jest sprawiedliwe! Tak nie można, ty przebiegły szpiczastouchy worku rzygowin!
- Myślę, że powinniście darować sobie te kłótnie. – odezwał się Terian, kierując swój umysł ku głównemu placu. – To i tak nic nie zmieni.
- Mówiłem, że się nauczy? – odpowiedział mu elfi głos.
* * *
Kobieta umierała. Było to widać. Krwawiła z niezliczonych lekkich ranek zadanych przez falę lodowych oszczepów, wystrzelonych przez Marcusa. Jej twarz poparzona została przez nagły wybuch ognia, a jedna ręka praktycznie oderwana przez stworzenie z Otchłani, zanim zdążyła je odesłać. Uwolniony dawno się tak nie bawił. Posyłał błyskawicę za błyskawicą, kulę ognia za kulą ognia, deszcze żrących kwasów za deszczami płynnych metali. Musiała kiedyś przestać stawiać mu opór.
Moment jego skupienia na kapłance, wykorzystali pozostali przy życiu żołnierze. Deszcz strzał, fale bojowej magii pomknęły w kierunku Marcusa, który nie zdążył – jakimś cudem – ich rozproszyć i które posłały go kilkadziesiąt metrów dalej. Gdy wstawał, z jego piersi unosiła się strużka dymu, jednak nie poddał się. Wstał i ruszył biegiem w kierunku dzielnej kobiety, która teraz na nowo podjęła wymianę zaklęć, wspomagana przez setki magów i łuczników.
Przez umysł Uwolnionego przemknęła opcja, w której musiałby się wycofać z walki, jednak została zgromiona przez żądze władzy i chęć niszczenia. Ruszył do natarcia.
* * *
Krzyki magów nie przypominały zwykłego zaklęcia, a raczej przeraźliwy wizg udręczonych głosów. Kathagros dobrze wiedział, że najmniejsza pomyłka w tej chwili może obrócić siłę, którą wzywali, przeciwko im samym. Zaśpiew osiągnął moment kulminacyjny, dziesiątki magów nagle zostało pozbawionych czarów, które skumulowały się w jeden niesamowicie potężny czar.
Niebo pociemniało złowróżbnie, a na ziemię zaczął spadać grad wielkości kurzych jaj. Widnokrąg zapłonął czerwonymi i czarnymi błyskawicami, a na północy pojawiła się plama najgłębszej ciemności, jaką kiedykolwiek widziano w całym Multiversum. Ułamek sekundy później znajdowała się nad miastem, a ludzi zdjęła panika. Ich przeraźliwy krzyk czystego, niczym nieskażonego strachu został zagłuszony przez obecność, która właśnie została przywołana.
Arcykapłanka Sylis upadła na kolana, patrząc jak kolejny czar, wielka paszcza pełna długich na sążeń zębisk pędzi w jej stronę. Nie dało jej się zatrzymać, była zbyt blisko, a opiekunka religii w Sulvar’thar nie miała już żadnych czarów. Zanim Arcykapłanka umarła, zobaczyła przerażenie na twarzy Uwolnionego. Czysty lęk. Taki, jaki czuła, gdy paszcza zmiażdżyła jej ciało i zniszczyła duszę.
Plama ciemności pojawiła się nagle przy Marcusie, który spojrzał na nią i ujrzał w niej swą śmierć. Straszliwą powolną śmierć. Ciemność wystrzeliła czarnymi mackami w kierunku niedoszłego Uwięzionego, któremu jednak udało się zniszczyć jedną z nich białym promieniem światła. Pozostałe jednak złapały go za kończyny i pociągnęły go do samego jądra Otchłani. Wysoki, mrożący krew w żyłach krzyk przetoczył się po raz drugi przez wszystkie plany. Ciemność poleciała z oszałamiającą prędkością w górę, znikając w wolno wschodzących gwiazdach. Zapanował spokój, przerywany krzykami rannych i jękami umierających.
Kathagros spojrzał na pobojowisko, tysiące zabitych mieszkańców, dziesiątki zniszczonych dzieł architektury, setki umarłych wspaniałych ludzi, którzy oddali życie za dobro Sulvar’thar i pomyślał, że to dzieło jednego nierozważnego człowieka, który powołał do istnienia ten koszmar, który przed chwilą został zniszczony. Kiedyś powiedziano mu, że głupota ludzka nie zna granic. Dopiero teraz, po latach, zdał sobie sprawę jak prawdziwe było to stwierdzenie.
* * *
- Sylis, drodzy przyjaciele, następny wychodzę ja, więc miejcie swoje rodzinne plany w myślach, gdy je odwiedzę. Pomnijcie też te wszystkie obelgi, które od Was słyszałem i pomyślcie jak mogę się za nie odpłacić. – powiedział elfi głos, podczas gdy inne milczały albo zażenowane, albo zdenerwowane.
- Spróbuj coś zrobić Sulvar’thar, a pożałujesz, elfie!
- Droga Sylis, uważasz, że wspomagałbym ich, gdybym chciał widzieć to miasto zniszczonym. Twa głupota mnie naprawdę zdumiewa, kochana. A tyle wieków tu spędziłaś…
- Zamknij się, elfie!
- Ten młody człowiek, który do nas dołączył jest interesujący. Ma w sobie potencjał, który warto kształtować. Może za sto tysięcy lat przybędziecie we dwójkę, by mnie zniszczyć… To by było dopiero ciekawe.
- Myślę, że za sto tysięcy lat będę mógł stąd wyjść. – odezwał się Terian.
- A dlaczego nie wcześniej?
- Bo tyle chcę odpokutować za moją głupotę…
Zapadła głucha cisza, trwająca bardzo długo jak dla śmiertelników. Dla nich była to jednak sekunda. Odezwał się elf.
- A wy uważaliście go za głupca…

Dodaj komentarz