Czarny Ląd.

Zmierz zapadał nieprzyzwoicie szybko. Chmury chwilę temu były białe, teraz przeistoczyły się w fioletoworóżowe obłoki. Z wyjątkiem jednego miejsca na horyzoncie, które nigdy nie zmieniało swej ciemnej barwy, tak doskonale widocznej na pomarańczowym niebie. Nawet najodważniejsi spośród odkrywców nie śmieli marzyć o dotarciu do tego tajemniczego miejsca. Był jeden, który marzył.

Talaris, przez swych kompanów nazywany „Nieustraszonym” długo patrzył na zachodzące słońce, stojąc na pomoście portu handlowego zwanego Kuria. Lubił zachody słońca. Wtedy najpiękniej wyglądała tajemnicza ziemia zwana Czarnym Lądem, widniejąca na tle czerwonego już nieba niczym rozłożysta plama czerni.

- Dopłynę tam…, na bogów!, dopłynę… – mruczał do siebie Talaris, kapitan „Morskiej Dzieweczki”, która to lada dzień miała wypłynąć z portu. Jego brat, Karion, stał obok, czyszcząc swój miecz.

- Znowu ci odbija, braciszku? – zapytał miłym głosem. – Za góra dekadzie wypłyniemy z tej dziury i dopłyniemy do twojego marzenia, a ty ciągle to samo… – Talaris wiedział, że jego brat ma rację, ale nigdy nie chciał tego przyznać.

- Trzeba znaleźć resztę załogi, bo na razie mamy za mało ludzi do obsługi statku – powiedział, szybko zmieniając temat, Talaris.

- Zajmę się tym, a Ty załatw potrzebne zapasy – rzucił Karion i wolnym dostojnym krokiem zszedł z pokładu w jedną z uliczek portu, która prowadziła prosto do największej oberży w mieście, zwanej „Ukojeniem Żeglarza”.

Dotarł tam dość szybko, nie gubiąc się w wąskich uliczkach, jak za pierwszym razem, gdy był w Kurii. Karczma prezentowała się dość malowniczo z wybitymi oknami i zwisającymi na zawiasach drzwiami. Karion wkroczył do budynku i owionął go zapach przypalonej dziczyzny i kwaśnego wina. Podszedł do karczmarza, który oczekiwał go dobre kilka godzin z stolikiem ustawionym tuż przy kontuarze.

- Może wina? – rzucił mężczyzna, wycierając jakiś zapaskudzony kufel. Karion jedynie pokręcił przecząco głową. Usiadł przy stoliku i zaczął ogłoszoną wcześniej rekrutację.

Zgłaszali się najróżniejsi kandydaci, od zwykłych majtków okrętowych, po ludzi całkowicie pijanych, którzy nie pamiętali nawet swego imienia. Karion był zawiedziony, spodziewał się, że na ten rejs zgłosi się kwiat doświadczonych żeglarzy. Otrzymał za to blisko trzydziestu pijaków, marynarzy o paskudnych gębach i jednego byłego pirata, który dowiedziawszy się, gdzie zamierzają płynąć, zgodził się bez wahania. Ciekawe co powie Talaris, widząc tą pijaną zgraję, myślał z rozbawieniem Karion.

Reakcja brata była nadzwyczaj spokojna. Widocznie spodziewał się, że na ten rejs zgłosić się mogą jedynie szaleńcy. A jego załoga w tej chwili się właśnie z takich wariatów składała. Bez żadnych emocji kazał im wytrzeźwieć i przygotować się do wypłynięcia, po czym poszedł do swojej kajuty.

Troszkę to trwało zanim wypłynęli, najpewniej z powodu stanu większości żeglarzy, jednak Talaris był zadowolony. Miał swoją załogę i płynął, by spełnić swoje marzenia. Nie wiedział jeszcze wtedy, że nie tylko jego marzenia się spełnią, ale także koszmary.

Rejs był spokojny, choć kilka razy zauważyli statki pirackie na horyzoncie, jednak wciągnięcie jednej ze zrabowanych korsarskich flag, zaniechało konfliktów. Karion od początku żeglugi miał wyraźne obawy. Było zwyczajnie za spokojnie, jak na wyprawę, mającą na celu wylądowanie na Czarnym Lądzie. W końcu wpłynęli na obszar zdradliwych wysepek z rozległymi rafami koralowymi, które często były jedną z przyczyn niepowodzeń poprzednich wypraw na Czarny Ląd. Co rusz „Morska Dzieweczka” mijała zbutwiałe kadłuby statków, które rozbiły się o zdradzieckie podwodne skały.

- Jeśli przepłyniemy „Sztylety Morza”, to dzień może dwa i będziemy na miejscu… – pocieszał brata Talaris, jednak nawet on sam, im bliżej znajdował się swojego marzenia, tym bardziej zastanawiał się czy nie popełnia błędu. Rozpromienił się jednak na wieść, że szczęśliwie przepłynęli przez ten wrogi im obszar. Znaleźli się na długim paśmie skałek wystających z wody, które ponoć były ostatnim etapem drogi na Czarny Ląd. Niepokój rósł wśród załogi. Żaden z nich nie był tak blisko tej osnutej złą sławą krainy. Pewnego dnia, całkiem z rana, Karion wpadł do jego kajuty z wyrazem przerażenia na twarzy.

- Chodź szybko! Musisz to zobaczyć na własne oczy… – wyrzucił z siebie i pognał na pokład. Po chwili dołączył do niego Talaris, wypatrując tego co tak przeraziło jego brata. I dostrzegł to. Idealnie przez rząd skał płynął smoliście czarny okręt, z krwistoczerwonymi żaglami. Napływał na skały, ale płynął dalej, zupełnie jakby w ogóle ich nie zauważał.

- Co robić kapitanie? – ktoś zapytał z przerażeniem, patrząc na nadpływający statek. Kapitan spojrzał na młodego chłopaka, może siedemnastoletniego, który teraz patrzył z nadzieją na Talarisa.

- Płyniemy dalej. Stary Bert mówił, że w okolicach Czarnego Lądu pojawiają się widziadła, zatopionych statków. – odparł z pewnością kapitan, wspominając swojego niedawno zmarłego najstarszego marynarza.

- Ale jeśli zaatakują?

- Widziadła nie atakują, chłopcze. A jeśli nawet, to my odpowiemy. – rzucił twardo Talaris, a morale załogi wzrosło zauważalnie.

Płynęli. Statek ciągle zmniejszał przewagę w stosunku do „Morskiej Dzieweczki”, jednak nie podjął żadnych agresywnych działań, jednak Karion nie mógł się pozbyć wrażenia, że statek jest przerażająco materialny. Zauważył z konsternacją, że przy burtach statku stoją ludzie, ubrani w czarne skórzane kaftany. Wszyscy trzymali jakąś broń, od mieczy po topory.

- Bracie! Szykują się do ataku! – krzyknął do Talarisa, który przez lupę patrzył na bliski już Czarny Ląd. Był najzupełniej zwyczajny. Kilka palm, piaszczysta plaża i zaraz egzotyczny las, jaki można znaleźć na każdej wyspie tej szerokości geograficznej. Nic zwyczajnego. I żadnych śladów ciemności, którą tak dobrze było widać z Kurii. Gdy dotarł do niego krzyk Kariona byli już blisko spełnienia marzeń Talarisa, tak samo blisko był tajemniczy czarny statek.

- Talaris! Do cholery jasnej! Opamiętaj się! – ryknął mu ktoś do ucha, a kapitan zobaczył swego brata pokazującego statek, który płynął wprost na bok „Morskiej Dzieweczki”. Widać było wyraźnie owych „ludzi”. Byli nieprawdopodobnie wysocy, z długimi szpiczastymi uszami, wystającymi wysoko ponad włosy. Oczy mieli skośne, idealnie okrągłe, które jarzyły się słabym światłem.

- Chcą nas staranować! – ktoś wrzasnął.

- Nonsens, widma nie mogą taranować… – nie zdążył skończyć, gdy widma za nic mając ludzkie twierdzenia, uderzyły taranem w bok statku Talarisa. W niebo pofrunęli ludzi i połamane deski. Najbardziej rzeczywista, jaka mogłaby być, strzała uderzyła kapitana tonącego teraz statku w mostek i wyrzuciła go z niesamowitą siłą za burtę. Karion skoczył mu na ratunek, choć doskonale widział warkocz krwi, ciągnący się za trafionym. Fale uderzały z wolna w piaszczystą plaże, wyrzucając na brzeg deski z złamanego na pół okrętu. Połowa statku wciągała Kariona pod wodę, choć walczył z całych sił. Ostatnim wysiłkiem spojrzał na brzeg Czarnego Lądu, na który Talaris chciał dotrzeć jako pierwszy człowiek.

Zanim słona woda napełniła jego płuca, pomyślał z dumą, że jednak jego bratu się udało. Jego ciało pierwsze zatrzymało się na piaszczystej plaży Czarnego Lądu.

* * *

Wielu jeszcze próbowało dotrzeć do owej plamy ciemności, która była tak doskonale widoczna w czasie zachodów słońca z Kurijskiego portu. Wielu oddało życie, próbując przepłynąć „Sztylety Morza”. Wielu natknęło się na piratów i zgniło jako niewolnicy. Wielu zwyczajnie zostało zabitych przez zbuntowaną załogę. Jednemu udało się dotrzeć do Czarnego Lądu. Jeden ziścił swoje marzenia. Na imię miał Talaris.

~ przez Anomandaris w dniu październik 23, 2007.

Napisz odpowiedź