Widocznie przeznaczone

•Sierpień 12, 2009 • Dodaj komentarz

“Widocznie przeznaczone”

Widocznie musiała zaistnieć ta miłość,

widocznie z góry to ustalone było.

Widocznie ludzie są Bożymi aktorami,

choć nie wiemy już jaką sztukę gramy.

I uschnąłbym jeszcze tego lata,

gdyby nie muzyka.

I zszedłbym z hukiem z tego świata,

gdyby nie muzyka.

I zamknąłbym się na trzy mocne spusty,

gdyby nie muzyka.

I świat by się stał dla bliskich nagle pusty,

gdyby nie muzyka.

Widocznie tak stać się musiało dość niecnie,

widocznie skurczyć się miało światnagle znacznie.

Widocznie musiało się narodzić całkiem nowe życie,

widocznie musiało mieć swój początek w bólu skowycie.

I uschnęliby wszyscy z krzykiem i wdziękiem,

gdyby nie nadzieja.

I zeszliby z nowej sceny z silny lękiem,

gdyby nie nadzieja.

I zamknęliby się w ignorancji tak sercu miłej,

gdyby nie nadzieja.

I nie przeżyliby chwili płaczliwej i szczęśliwej,

gdyby nie nadzieja.

Widocznie smutek jest w nowe drogi wpisany,

widocznie czas powtarzając się, stare rwie rany.

Widocznie doświadczenia do nas stare wrócą,

widocznie jeszcze raz, jeszcze ciężej nas zasmucą.

I gdyby nie nadzieja, rozerwałoby się to w diabły.

I gdyby nie muzyka, rozwinęłoby się nowe żagle.

I gdyby nie muzyka, poddalibyśmy się w oporze.

I gdyby nie nadzieja Twoja, pomóż nam Boże…

Czerwona zaraza

•Sierpień 5, 2009 • Dodaj komentarz

Józef Szczepański “Ziutek” (batalion “Parasol”)

Czekamy ciebie – czerwona zarazo

Byś wybawiła nas od czarnej śmierci

Byś nam, Kraj przedtem rozdarłszy na części

Była zbawieniem – witanym z odrazą.

*

Czekamy ciebie – ty potęgo tłumu

Zbydlęciałego pod twych rządów knutem

Czekamy ciebie, byś nas gniotła butem

Swego zalewu i haseł poszumem.

*

Czekamy ciebie, nasz odwieczny wrogu -

Morderco krwawy tłumu naszych braci,

Czekamy ciebie – nie żeby ci płacić

Lecz chlebem witać na zburzonym progu.

*

Żebyś ty wiedział – nienawistny zbawco -

Jakiej ci śmierci życzymy w podzięce

I jak bezsilnie zaciskamy ręcę

Pomocy prosząc – podstępny oprawco,

*

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli

Nas – dzieci Wolnej, Niepodległej, Świętej

Skuwać w kajdany łaski twej przeklętej

Cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli…

*

Żebyś ty wiedział naszych dziadów kacie

Sybiryjskich więzień ponura legendo

Jak twoją dobroć kląć tu wszyscy będą

Wszyscy Słowianie – wszyscy twoi bracia.

*

Legła twa armia zwycięska, czerwona

U stóp łun jasnych płonącej Warszawy

I ścierwią duszę syci bólem krwawym

Garstki szaleńców, co na gruzach kona…

*

Czekamy ciebie – nie dla nas żołnierzy

Dla naszych rannych – mamy ich tysiące

I dzieci tu są i matki karmiące,

I po piwnicach zaraza się szerzy…

*

Miesiąc już mija od powstania chwili

Łudzisz nas czasem dział twoich łomotem

Wiedząc, jak ciężko będzie znów potem

Powiedzieć sobie, że znów z nas zakpili,

*

Czekamy ciebie – ty zwlekasz i zwlekasz

Ty się nas boisz – i my wiemy o tem

Chcesz, byśmy wszyscy tu legli pokotem

Naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

*

Nic nam nie zrobisz – masz prawo wybierać

Możesz nam pomóc, możesz nas wybawić

Lub czekać dalej i śmierci zostawić

Śmierć nie jest straszna – umiemy umierać

*

Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły

Nowa się Polska – Zwycięska narodzi

I po tej ziemi nie ty będziesz chodzić

Czerwony władco rozbestwionej siły.

Jazda!

•Lipiec 22, 2009 • 1 komentarz

Powiem wprost, usunąłem zewsząd siebie,

Powiem wprost, teraz jestem w moim niebie.

Litościwie oszczędziłem moich chorych bzdur,

tylko w miarę poprawny ostał się tu mój twór.

Dziś natomiast rzecz całkiem nowa się zaczyna,

jak ostatnio często, świat się kręci, świat się zmienia.

Otóż uzbrojony w strachu braki z podzielnością nieuwagi

zasiądę w maszynie, będącej dzisiejszym celem mej uwagi.

A potem już niekoniecznie muszę cokolwiek robić,

tylko leżeć sobie, jeść, palić i czasem modlić.


Republika.

•Grudzień 7, 2007 • Dodaj komentarz

No to mamy drugi wpis totalnie muzyczny, z opisem zespołu, który – nie ukrywam – cholernie lubię. Zaczynamy!

Republika marzeń, Śmierć na pięć, Nie pytaj o Polskę, Mamona, Telefony – to ich jedne z najbardziej rozpoznawanych utworów.

Grupa pochodząca z Torunia, założona w roku 1981. Od początku ich muzyka była charakterystyczna i lubiana, zwłaszcza w latach 1982-1985, ze względu na nowofalowe brzmienie, czysty wokal. Rok po latach sukcesu, grupa rozpadła się, by wrócić na scenę muzyczną w roku 1990. Republika po śmierci wokalisty, Grzegorza Ciechowskiego, w roku 2001 się rozpadła na dobre.

Lata sukcesu Republiki determinowane były przez nowoczesne wykonanie utworów i bardzo dobre teksty Ciechowskiego, zwykle traktujące o emocjach, miłości, przeżywaniu, ale też o sprawach czysto materialnych, jak tekst “Mamony”, jednak wcześniej – bo “Mamona” to utwór powstały nieco później – na listach przebojów królowały takie przeboje jak “Biała Flaga”, “Sexy Doll”, “Telefony” czy też “Obcy Astronom”. Republika w tych czasach dużo koncertowała, a same ich koncerty również – tak samo jak w przypadku muzyki – odbiegały od ówczesnych trendów, które propagowały zespoły takie jak Perfect czy Lady Pank, bowiem na nich muzycy Republiki – prozaicznie mówiąc – nie rzucali się po scenie, nie robili show, a zwyczajnie grali spokojnie, pozwalając słuchaczom wtopić się w ich granie. Sukces ich singli i działalności koncertowej pozwolił im wydać płytę “Nowe Sytuacje”, na której nie znalazły się – ku zaskoczeniu fanów – przeboje zespołu, a zupełnie nowe utwory, które nie odbiegały jednak od poziomu ich wcześniejszych dokonań.

Republikę zauważyła angielska firma “Mega Organization”, która chciała wypromować zespół za granicą. Zespół wydał płytę “Nowe Sytuacje” z angielskimi tekstami Ciechowskiego, jednak grupa nie zyskała popularności za granicą, a firmie fonograficznie nie przyniosła spodziewanych zysków. Na dodatek w roku 1985 Ciechowski dostał powołanie do wojska i o Republice nic nie było słychać na polskiej scenie muzycznej. W roku 1986 doszło do kłótni między liderem zespołu, w wyniku czego zespół się rozpadł, by powrócić w roku 1990.

Lata dziewięćdziesiąte przyniosły Republice, która powróciła na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, pogodzenie się większości członków zespołu i wznowienie działalności koncertowej(kilka koncertów dla Polonii amerykańskiej w Stanach Zjednoczonych). Republika wydała kolejną płytę(“1991″), która natychmiast odniosła wielki sukces i utwierdziła artystów w przekonaniu, że nawet po 4 letniej przerwie zespół nadal jest ogromnie popularny. Natomiast następny album – “Siódma Pieczęć” – Republiki nie był już utrzymany w sferze nowej fali, co niektórzy fani przyjęli za swoistą zdradę, jednak albumu – przynajmniej w moim mniemaniu – nie można nazwać słabym czy gorszym od poprzednich.  W tym samym roku Republika wydała akustyczną płytę “Bez prądu”, która nagrywana była z udziałem Kayah(tu warto polecić wszystkim piosenkę “Nie pytaj o Polskę”).

Dalsze albumy – “Republika Marzeń” i ” ‘82-’85″ – znowu nie przypadły fanom do gustu z powodu jeszcze większego oddalenia się od starego wykonywania utworów, jednak kolejna płyta – “Masakra” – była powrotem do korzeni i została przywitana bardzo dobrze przez grono fanów. Na tej płycie można znaleźć bardzo dobrą “Mamonę”, do której został nagrany bardzo ciekawy teledysk. Wiele ludzi uważa tą płytę za trzecią płytę Republiki, pomijając albumy, które różniły się stylem od poprzednich. Grupa w roku 1998  zwolniła tempo, bowiem lider – Ciechowski – zajął się swoimi prywatnymi sprawami(tworzenie soundtracku do filmu “Wiedźmin”), podobnie jak reszta członków zespołu.

W roku 2001 muzycy Republiki na nowo zabrali się za działalność artystyczną, którą niestety przerwała nagła śmierć Ciechowskiego, zmarłego z powodu tętniaka serca. Grupa po jego śmierci rozpadła się, jednak ich legenda nadal trwa.

W Toruniu przy ul. Gagarina przed uniwersyteckim Klubem Studenckim Od Nowa, odsłonięto obelisk z tablicą pamiątkową ku czci Republiki. Grupa znalazła się też w toruńskiej Alei Gwiazd, gdzie jeden z żyjących członków zespołu – P. Kuczyński – odsłonił czwartą czwartą z serii podpisów słynnych turunian.

Jeśli chodzi o moją opinię, to Republika jest świetnym zespołem, bezkrytycznie(może to niewłaściwe, ale nic na to nie poradzę) przyjmuję każdy ich utwór, każdy praktycznie uwielbiam, chylę czoła przed śp. Ciechowskim za cudowne teksty, traktujące o emocjach, miłości, związkach, Polsce, polakach i zamierzam cały czas ich słuchać. Nie skłamię, jeśli powiem, że to jeden z moich ulubionych zespołów, co wszyscy mogą zobaczyć dokładniej, patrząc na mój lastfmowy profil (Kathgros).

Grzegorzu Ciechowski, dziękuje za stworzenie tak wspaniałej muzyki! Obyś żył wiecznie w naszych sercach!

W oczach dziecka matka jest Bogiem.

•Listopad 16, 2007 • 1 komentarz

Może wydawać się dziwne, ale zdanie powyżej usłyszałem na komercyjnym filmie, traktującym o wydarzeniach tak nierealnych i idiotycznych miejscami, że aż strach, i od razu wzbudziło ono moją głęboką refleksję nad prawdą tego wypowiedzenia.

Z początku myślałem o nim w kwestii dzieci do wieku góra 13-15 lat, jednak po jakimś czasie zauważyłem, że w oczach każdego dziecka matka jest istotą boską. Skąd się to wzięło, nie mam zielonego pojęcia, jednak – biorąc pod uwagę moje własne odczucia – to stwierdzam, że rzeczywiście matka jest w oczach dziecka Bogiem.

Od najmłodszych lat matka dla dziecka jest istotą wyższą, która zajmuje się nim(zwykle, nie biorę pod uwagę mamusiowatych tatusiów), daję jeść, zmienia pieluszki, zabawia, uczy życia, jest przewodnikiem po świecie, do którego dziecko ma zaufanie zawsze i wszędzie, jest ostoją bezpieczeństwa w nieprzyjemnym świecie, jest przystanią, do której zawsze można wrócić. Potem – w wieku dojrzewania – rola matki się zmniejsza, dziecko zyskuje jakąś tam(mniejszą czy większą) samodzielność i uważa zainteresowanie matki za denerwujące, uważa troskę matki za coś wybitnie niepasującego do młodego człowieka, czyli krócej mówiąc, dziecko przeżywa falę buntu przeciwko rodzicielstwu. Wtedy boskość matki upada, młody człowiek zaczyna rozumieć, że matka to człowiek i że też może się mylić, nierzadko nie akceptuje doświadczenia rodzicielki, która chce wyłącznie pomóc. Jednak wtedy też młody człowiek przeżywa zwykle kryzys wiary, wpojonej często w dziecinnych lat, więc jego wyobrażenia o Bogu również się zmieniają.  Czy możemy jednak porównać stosunek do Boga i stosunek do matki?

Oprę się tutaj na własnej opinii.

Od najmłodszych lat miałem z moją szanowną rodzicielką znakomity kontakt, pewnie z racji tego, że była ona dla mnie JEDYNĄ osobą, oferującą mi bezpieczeństwo, miłość i plejadę innych uczuć, które zawsze wynikają z takiej relacji między dzieckiem, a matką. Wtedy też był okres, w którym byłem dzieckiem wyjątkowo wierzącym, lubiłem kościółki, śpiewy staruszek, zawodzenia organisty i rozmowy księdza z dziećmi. Potem nastał czas dojrzewania – ale jeszcze przed nim upadł wizerunek Boga, którego trzeba czcić, nastał czas, w którym Bóg zajmował jedne z dalekich miejsc na liście priorytetów życiowych – w którym stosunek do mojej szanownej rodzicielki i Boga był zadziwiająco podobny.

Boga nienawidziłem za jego bierność, matki nienawidziłem za jej bierność w sprawach, które były dla mnie istotne(to zawsze wychodziło, gdy jako dziecko niezbyt umiejące się podporządkować regułom, miałem konflikty z nauczycielami,a gdy matka zawsze stawała po ich stronie). Boga miałem w pogardzie za to, że wszyscy okazywali mu szacunek, matkę miałem w pogardzie, dlatego, że ona wymagała szacunku w podobny sposób jak Bóg. Szacunek ten łatwiej mi było okazać istocie z krwi i kości, więc jeszcze to funkcjonowało. Potem jednak zmieniłem całkowity stosunek do istoty boskiej, Bóg stał się moim wrogiem, który swoimi działaniami, choćby tymi, które można przypisać całkowicie Naturze, niweczył moje plany(pamiętam jak bluźniłem na niego ze znajomym, gdy złapała nas ulewa, a parasola oczywiście nie mieliśmy). Tak stało się też ze stosunkami z matką. Niby wiedziałem, że ona chce dla mnie dobrze, że chce dla mnie jak najlepiej, jednak nie mogłem pogodzić się z tym, że nie jestem panem własnego losu, że ktoś za mnie decyduje i obrazowo mówiąc, stawiałem się każdej jej decyzji, każdej jej opinii, którą wygłosiła. Wszystko, co wychodziło bezpośrednio od niej nie lubiłem, krytykowałem, starałem się robić jej na złość, tylko w imię tego, że ona jest nade mną(analogicznie jak Bóg) . Oczywiście moje zachowanie skutkowało wielokrotnymi kłótniami, które uświadamiały mnie raz po raz, że jednak jestem winien szacunku matce. Oczywiście nie chciałem tego zaakceptować, ale z wiekiem, czyli kolejnymi kłótniami i niechęcią do okazywania szacunku, przyszła refleksja, a z refleksją przyszło zrozumienie, że to co robiłem nie jest właściwe, że matka jest istotą wyższą, przed którą czuję nieziemski respekt. I tak po prawdzie zawsze go czułem, czy to zwiewając z zajęć i bojąc się jej reakcji(ośmielę się stwierdzić, że najbardziej bałem się reakcji jej i mojego ojczyma; jej reakcji bałem się ze względu na strach przed konsekwencjami, jego reakcji bałem się ze względu na wyrzuty sumienia, które zawsze czułem, gdy go zawiodłem) czy to świadomie łamiąc jej postanowienia. Chciałem być odbierany i byłem odbierany jako osoba, która opinię matki ma w gdzieś, która jest niezależna i robi co chce, jednak w praktyce wyglądało to tak, że za każdy przejaw niezależności płaciłem w pogorszeniu się relacji z matką. Aż nadszedł czas, gdy oboje staliśmy się dla siebie podporami, bez których nie moglibyśmy istnieć. Ja – jako wyznawca, ona – jako obiekt wiary, znowu jako niewzruszona ostoja bezpieczeństwa i stabilności i wtedy zdarzyło się, że ta ostoja, ten obiekt wiary, potrzebował również oparcia, a znalazł je w wyznawcy, który nagle – zupełnie nieoczekiwanie – zrozumiał, że ona zawsze przy nim była, że jednak naprawdę chce dla wyznawcy jak najlepiej, że próbuje do niego dotrzeć, ale nie wie jak. Daliśmy sobie nawzajem oparcie w trudnych momentach życia i poczułem tym razem jakąś niesamowitą życzliwość do Boga i jego wyznawców(tym razem niemetaforycznie, ale dosłownie), która zapoczątkowała fascynacją, że oni umieją to znaleźć(mówiąc “to” mam na myśli skarb wiary) i żyć z Bogiem w jedności. Poczułem również zmianę relacji między mną, a moją kochaną rodzicielką. Nie były one już czysto dziecięco-rodzicielskie, a były czymś głębszym, bowiem byłem całkowicie pewien, że zawsze jest moją ostatnią deską ratunku, że zawsze stoi po mojej stronie, że jednak ma masę doświadczeń więcej ode mnie i jest rzeczywiście mądra, czego odmawiałem jej przez bardzo długi czas. Chciałem równocześnie znaleźć taki sam stosunek z Bogiem, nie mogłem go jednak dopasować do żadnych systemów religijnych, więc wybrałem uczucia, które najbardziej cenię i przekształciłem je w swoiste prawdy wiary.

Miłość.

Przyjaźń.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że moje oczy różnie postrzegały matkę, jednak wyznając całkowicie carpe diem, teraz rozumiem, że relacja, którą udało nam się osiągnąć, jest czymś naprawdę wyjątkowym. Jest w niej pełne zaufanie, jest w niej miłość, jest przyjaźń, nie ma komunikatów, są rozmowy, jest w niej przywiązanie, jest w niej lojalność i pewne zaskoczenie tym, że tak umiemy się nagle porozumieć. Czy to nie mija dojrzewanie czy jest inny powód tej refleksji?

Może zwyczajnie człowiek usłyszy gdzieś tekst, który całkowicie oddaje istotę pewnych rzeczy i wtedy zaczyna się zastanawiać czy to ten tekst mu to uzmysłowił czy to wcześniej już rozumiał, a zwyczajnie nie mógł tego nazwać? Wiem, że w moich oczach matka jest przyjacielem, niewzruszonym bastionem miłości, który będzie trwał nieważne jakie szturmy będą chciały go zdobyć, wiem, że tak samo zacząłem traktować istotę boską, Absolut. Nie jest już on wrogiem, którego trzeba zwalczać, któremu trzeba uwłaczać, a wielkim świetlistoniebieskim( w takiej barwie go sobie wyobrażał) gościem, który skądś na mnie patrzy i zastanawiał się życzliwie, czy uda mi się czy mi się nie uda, czy wykorzystam, co to od niego dostałem, czy nie wykorzystam i będę mógł zaliczyć się do przegranych.

Chciałbym ich nie zawieść. I Absolut i matkę. Chciałbym, żeby byli ze mnie dumni. Oby się udało.

Cudowność polskiego wymiaru sprawiedliwości.

•Listopad 8, 2007 • Dodaj komentarz

Będzie to opowieść zasłyszana od znajomego, który aktualnie przeżywa głęboką frustrację nad metodami wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Rzecz jednak nie będzie dotyczyć żadnych awantur z panem byłym strażnikiem sprawiedliwości na tych ziemiach, czyli Zbigniewem Ziobrem, ani też nie będzie dotyczyć policji politycznych w rodzaju CBA, ale będzie chodziło o metody, którymi się posługuje praktycznie każdy sąd w tym kraju.

Otóż mój znajomy ma od dwóch lat sytuację o tyle kłopotliwą, co frustrującą jego samego i zasmucającą jego rodzinę. Pomijając mało istotne szczegóły, waląc prosto z mostu, powiem, że ma on bardzo bliską osobę w areszcie tymczasowym, które polskie sądownictwo używa w sposób wręcz masowy. Mamy pojęcie o tymczasowo aresztowanych, choćby z nielicznych relacji pana byłego barona SLD Andrzeja Pęczaka, który przesiedział w łódzkim areszcie ponad niby-to-zabronione 2 lata. Pan Pęczak miał jednak zasądzone dwa areszty, więc sytuacja nie powinna nikogo dziwić, jednak w przypadku osoby bliskiej mojemu znajomemu sytuacja dziwi, bowiem 16 listopada mija okres 2 lat tymczasowego aresztowania, po których osoba tymczasowo aresztowana powinna zostać zwolniona. To jednak nie powinno nikogo dziwić za bardzo. Dziwi natomiast fakt, że śledztwo, do którego tylko i wyłącznie powinno się używać tymczasowego aresztowania, skończyło się ponad rok temu.

Co robił polski wymiar sprawiedliwości w tym czasie? Można powiedzieć – zakrapiając to nieco czarnym humorem – że bawił się aktami sprawy przerzucając je z jednego sądu do drugiego. Nie byłoby w tym nic złego, poza faktem, że akta z Sądu Okręgowego w Łodzi trafiły najpierw do Piotrkowa Trybunalskiego, by potem trafić do Bełchatowa, a następnie znowu do Piotrkowa Trybunalskiego, z którego trafiły do Sądu Najwyższego, który wyznaczył łaskawie Częstochowski sąd do prowadzenia tejże sprawy. Denerwuje tu jedna rzecz – każdy sąd ma bodajże miesiąc do zapoznania się z aktami, więc pobyt w areszcie tamtej osoby był przedłużony o co najmniej 6 miesięcy. Sądownictwo jednak wykazywało się humorem godnym Monty Pythona, ponieważ kierowało akta sprawy, a więc całą sprawę, do sądów, które z powodu samego typu sprawy, nie mogły sądzić(Sąd Rejonowy w Bełchatowie). Oczywiście do czasu zapoznania dochodził czas dojścia owych akt, czyli okrągło licząc 2 tygodnie na każdy sąd. Pomyślmy: z Łodzi do Piotrkowa 2 tygodnie, z Piotrkowa do Bełchatowa kolejne dwa tygodnie, a więc już 4, z Bełchatowa do Piotrkowa dwa tygodnie itd. Łącznie nam wychodzi jakieś 10 tygodni, czyli 2, 5 miesiąca przedłużonego aresztu tymczasowego(samo słowo tymczasowy traci tutaj swoje znaczenie…).

W ten czas, osoba oskarżona siedzi przez półtora roku na ulicy Smutnej w doprawdy (na początku przynajmniej) koszmarnych warunkach, może widzieć się z bliskimi osobami raz na miesiąc, choć to też zależało najpierw od widzimisie pani prokurator, która ową sprawą się zajmowała, a potem od widzimisie sądu, który się daną sprawą zajmował. Z relacji owego znajomego wynika, że z początku, na samym początku aresztowania, aresztowany miał JEDNO widzenie na miesiąc, potem jednak pojawiła się łaskawość wymiaru sprawiedliwości i aresztowany mógł się widzieć z rodziną nieco częściej tj. z jedną osobą nadal mógł się widzieć raz w miesiącu, ale wymiar sprawiedliwości dopuścił, aby każdy członek najbliższej rodziny mógł zobaczyć się z aresztowanym raz na miesiąc. Oczywiście owe widzenia bywały różne. Od takich, co często możemy zobaczyć na filmach, czyli przez telefon z szybą między rozmawiającymi, przez takie przy stoliku z funkcjonariuszem, który przysłuchiwał się rozmowie, aż do prawdziwego luksusu rozmowy prywatnej na sali z bufetem, w którym ani telefonu, ani funkcjonariusza się nie uświadczyło.

Znajomy jeszcze co nieco powiedział o warunkach, w których przebywała bliska mu osoba. Brudne cele to jest standard, jednak to w sumie nie jest najgorsze, ponieważ pomieszczenie można zawsze wysprzątać. Prawdziwą bolączką jest pisanie do naczelników aresztów śledczych w celu uzyskania pozwolenia na paczkę higieniczną czy też paczkę ubraniową, więc jeśli ktoś z rodziny przyniósł do pana ze służby więziennej paczkę higieniczną, a pozwolenia nie było, to najwyżej mógł rozważyć strzał w krocze z powodu bezsilności. Zapomniałbym o pewnej ciekawostce – ów TYMCZASOWO aresztowany, o którym słyszałem, był właścicielem jedynej lampki nocnej w areszcie, na którą dostać pozwolenie było prawdziwym cudem. Warto wspomnieć też o higienie osobistej aresztowanych, otóż w areszcie w Łodzi aresztowanemu przysługuje jedna kąpiel tygodniowo. Jednak, bliska mojemu znajomemu osoba była przenoszona z aresztu na ulicy Smutnej najpierw do Piotrkowa, gdzie warunki jednak były o wiele lepsze, pod względem sanitarnym choćby, jednak była też przenoszona z aresztu w Piotrkowie do aresztu w Częstochowie, gdzie pozostała.

Z samymi przenosinami wiąże się podróż, która zwykle trwa od kilku (4-7) do kilkunastu (11-16) godzin, podczas których można nawiązać nowe znajomości z osobami skazanymi już czy też tymczasowo aresztowanymi. Taka podróż jest niestety bardzo męcząca, bowiem transport taki zwykle jeździ po całej Polsce, by rozwieść swój “towar”.

Tymczasowo aresztowany, o którym cały czas piszę, aktualnie przebywa w Częstochowie, a wczoraj miał pierwszą rozprawę po 722 dniach spędzonych w aresztach śledczych na terenie województwa Łódzkiego. Oczywiście pogląd, jakoby tymczasowo aresztowany zwykle wychodził po pierwszej rozprawie, tutaj nie ma zastosowania, bo pani asesor, która ową sprawę w Częstochowie prowadziła, od razu oddała ją w ręce Sądu Apelacyjnego w Katowicach, co bardzo prawdopodobnie zaowocuje kolejnymi trzema miesiącami aresztu TYMCZASOWEGO, podczas których sąd w Katowicach będzie się zapoznawał z aktami sprawy.

Słuchając tego wszystkiego miało się wrażenie, że to nie jest taki świetny wymiar sprawiedliwości, który tak zachwalał zarówno były minister, Zbigniew Ziobro, jak i były premier, Jarosław Kaczyński. Zwłaszcza, że w krajach Europy Zachodniej również istnieje metoda tymczasowego aresztowania, jednak zwykle taki areszt kończy się bezpośrednio po śledztwie. W Polsce mamy jednak inaczej, bo tymczasowe aresztowanie służy jako próba złamania oskarżonego, by ten przyznał się do winy. Nikogo jednak nie obchodzi los rodziny owego oskarżonego, nawet jeśli był on jedynym jej żywicielem. Co straszniejsze, w Łodzi podobno zaaresztowano tymczasowo kobietę w 9 miesiącu ciąży. Czy warunki, które opisałem wyżej, są odpowiednie dla kobiety w stanie błogosławionym? Naprawdę podziwiam prokuraturę, która żadnych oporów ściągnęła kobietę o 6 nad ranem z mieszkania i zamknęła ją w celi, doskonale zdając sobie sprawę, że jest bliska narodzin dziecka. To jednak jest tylko dygresją, mającą ukazać ową cudowność polskiego wymiaru sprawiedliwości, dla którego makiawelizm stał się chyba jedyną zasadą pracy.

Pocieszające jest, że osoby tymczasowo aresztowane przez tak długi czas mogą wystosować skargę do Strassburga, by dostać rekompensatę za tak długi pobyt w areszcie/aresztach. Jednak kto zrekompensuje stres rodziny, płacz bliskich, tęsknotę przyjaciół osób aresztowanych? To już nikogo nie obchodzi.

Tenacious D – comedy rock.

•Listopad 7, 2007 • Dodaj komentarz

Dysponuję zaledwie kilkunastoma piosenkami tego niewątpliwie ciekawego zespołu, jednak – biorąc pod uwagę ich niezwykłość i ich humor – czuję się wręcz zobowiązany, by coś o nich napisać, a tym samym ruszyć kategorię, traktującą o muzyce.

Zespół ten ma początki w latach 90tych, w których główni gwiazdorzy zespołu – Kyle Gass i znany ze “Szkoły Rocka” powstałej wiele lat później Jack Black – po raz pierwszy się spotkali i co zabawniejsze, znienawidzili się od pierwszego wejrzenia. Jednak z kontynuacją znajomości zaczęli doceniać swoje różnice i założyli zespół, który pierwszą płytę – o nazwie Tenacious D – wydał w roku 2001.

Płyta ta nagrywana była z pomocą wielu muzyków z innych zespołów, jak na przykład Dave Grohl(wokalista Foo Fighters), który zagrał u nich na perkusji czy też Page McConell z zespołu Phish, który zagrał u nich na keyboardzie. Płyta ta bazowała na “skitach”, w których Kyle i Jack poprzez swój absurdalny humor przedstawiają argumenty prowadzące do kolejnej piosenki. Najbardziej znanymi singlami z tej płyty są chyba Wonderboy i Tribute, którego reżyserem był Liam Lynch, późniejszy reżyser filmu pt. “Tenacious D: The Pick of Destiny”. Osobiście stwierdzę, że dzięki właśnie temu teledyskowi poznałem ów zespół i mogłem spokojnie zarykiwać ze śmiechu, słuchając niektórych tekstów ich piosenek ;)

Sama muzyka Tenacious D jest lekka i przyjemna dla ucha, jednak samą esencją – przynajmniej dla mnie – są teksty owych dwóch panów. Zwyczajnie zwala z nóg, gdy widzimy piosenkę zatytułowaną w naszym rodzimym języku “Kielbasa”. Ponoć muzykom tak spodobał się ten wyraz, że napisali o nim piosenkę, co – nie mogę zaprzeczyć – wyszło im znakomicie, biorąc pod uwagę zawarty w niej humor i tematykę. Lecąc dalej przez album między właściwymi piosenkami słyszymy rozmowy między Jackiem a Kyle’em, które czasami wprost ryją uśmiechy od ucha do ucha na twarzach słuchaczy, zwłaszcza, gdy słyszymy, że powinni napisać piosenkę o ostrym rżnięciu ;) Teksty i ten specyficzne “skity”, które dają wrażenie, jakby słuchacz był świadkiem powstawania płyty, są dla mnie naprawdę ogromnym plusem, które zwyczajnie każe mi od czasu do czasu przerwać słuchanie czegokolwiek innego i włączyć Jacka i Kyle’a, śpiewających o seksie, przyjaźni, legalizacji marihuany(The City Hall) czy o najlepszej piosence na świecie.

Podsumowując, Tenacious D tryska humorem i całkiem przyzwoitym kawałkiem muzyki, zdolnej rozjaśnić te nudne, długie listopadowe wieczory.

1 listopada – idea spotkań towarzyskich na cmentarzach.

•Listopad 1, 2007 • Dodaj komentarz

Serdecznie zapraszam dzisiejszego dnia na wszystkie pobliskie cmentarze. Dzieją się tam niespotykane rzeczy. Pierwszą z nich jest obecność, nie tylko babć w beretach z niezwykle popularnego materiału, ale też innych ludzi, których zwykle na cmentarzach nie uświadczycie. Drugą rzeczą jest niesamowicie wręcz widowiskowy widok całych tłumów, składających się z co najmniej trzy pokoleniowych rodzin, które chodzą we i nazad, nosząc torby pełne zniczy. Oczywiście ten widok sam w sobie nie jest zaskakujący, bo każdy może iść z dzieckiem i dziadkiem na cmentarz, ale ubiór takowych tłumów – wręcz stad – jest doprawdy ciekawy.

Pisząc “ciekawy” mam na myśli całą gamę strojów, które zwykle prezentują kobiety. Oczywiście te wszystkie stroje doskonale pasujące do samego święta(tu wyjątek stanowią kobiety w niezwykle wręcz krótkich spódniczkach), bo są zwykle w ciemnych tonacjach, jednak idąc przez te cmentarne alejki, ma się wrażenie, że kobiety nic innego nie robią cały rok, tylko szykują kreacje na święto zmarłych. Wtedy to cmentarz zaczyna przypominać pokazy mody na jesień. Jak jeszcze mężczyźni prezentują stonowane garnitury plus obowiązkowe czarne, grube płaszcze, to kobiety daleko wybiegają, by zrobić wrażenie na innych kobietach.

Dodatkowo dochodzi fakt, że na cmentarzach 1 listopada zwykle jest pół danej miejscowości, więc pokazanie się w ubraniach, które wyszły z mody bądź okazanie jakiejkolwiek oznaki niedbania o siebie, jest znakomitym pretekstem, by tą osobę obgadywać potem tygodniami, mówiąc z niezwykłą emfazą: “A pamiętasz w co ONA się ubrała na święto zmarłych? To nie do pomyślenia!”. Oczywiście noszenie takich strojów wymaga dostojnego, spokojnego kroku, który powoduje totalny zator na głównych alejkach cmentarzy, który z kolei doprowadza do szału przedstawicieli płci brzydkiej, którzy zwykle chcą odbębnić pójście na cmentarz i spokojnie potem leniuchować w domu. Dlatego na cmentarzach można wyróżnić kilka rodzajów min.

Pierwszym jest oczywiście smutne zadumanie na istotą przemijania, który zwykle występuje u pokolenia starszego, które równie dobrze mogłoby na tych cmentarzach zostać, bo w zasadzie nie ma po co wracać do domu. Drugim rodzajem min jest specyficzna mimika kobiet, które spotykają znajomych przy grobach, na przykład wspólnych znajomych, bądź rodziny, która jakoś tych znajomych łączyła. Wtedy jest dosłowna parada fałszywej radości ze spotkania, uważne taksowanie wzrokiem stroju każdego rozmówcy, zakłamany smutek nad tymi, którzy odeszli oraz oczywiście wymienianie plotek, którym towarzyszy niezbyt pasujący do cmentarzy entuzjazm. Oczywiście jest rodzaj min, które zobaczymy tylko u mężczyzn. Zwykle mimika facetów idących ze swoimi kobietami na cmentarz jest prosta do odczytania, bo występuje tutaj mina w rodzaju “to trzeba zrobić, trzeba wyczekać, potem do domu, piwko, mecz” lub mina bardzo niebezpieczna dla płci brzydkiej “kiedy ona skończy gadać z tymi koleżankami? Ile można siedzieć na cmentarzu? O której zaczyna się mecz?”. Ta ostatnia mina jest niezwykle niebezpieczna, bo niesie ze sobą przykre konsekwencje w domu. Oczywiście, że jest zestaw min, które mają tylko dzieci. Jest to zafascynowanie tłumami na cmentarzu pomieszane z niecierpliwością powrotu do domu i do zabawek. Jest jednak jeszcze jednak grupa wiekowa, która zasługuje na uwagę, biorąc pod uwagę mimikę i zachowanie. Oczywistym jest, że to młodzież, która ma zwykle kompletnie gdzieś święto zmarłych, która uważa to za stratę czasu, który można by wykorzystać na jakieś przyjemne spotkanko na mieście czy na przejście kolejnej gierki na komputerze. I właśnie zestaw min tejże grupy jest najbardziej wymowny, bo znaczy mniej więcej tyle “chodźmy stąd, dobra? Możemy już iść? Nudzę się… Nie chce się widzieć z babcią, chodźmy stąd. Pójdziemy stąd wreszcie? Boże, ile można siedzieć na cmentarzu?!” Te miny też niosą kłopoty, bo mało który rodzic rozumie myślenie młodych ludzi, którzy umarłym poświęcają tyle samo czasu ile zajmuje napisanie takiego znaczka w opisie na gg: “[*]“.

I tu pojawia się problem kolejny, bowiem niektóre rodziny traktują ten dzień jako okazję do wspominania zmarłych bliskich na przykład podczas bardzo oficjalnych, bardzo poważnych, rodzinnych obiadków, od których uwolnić się jest nader trudno. Dla młodego człowieka przebywanie powiedzmy 3 do 5 godzin z różnego rodzaju ciotkami czy innymi babciami jest nie do zniesienia. Rozmowy o jego szkole, o jego dziewczynach/chłopakach, wspominanie jaki był młody człowiek słodki w dzieciństwie(należy strzec się rodziców, którzy lubią robić obciach mówiąc różne krępujące rzeczy o młodym człowieku, na przykład “a nasz Bartuś jak był mały, to w przedszkolu na przedstawieniu się zesikał w majtki, pamiętasz Bartusiu?”) są dla młodego człowieka oznaką, że już wpadł po uszy w wielki kubeł gówna, wokół którego stoją znicze symbolizujące właśnie ten dzień. Gdy taki obiadek już dobiega końca, gdy już młody człowiek wraca do domu, siada do komputera, puszcza sobie muzykę, rzadko myśli nad tym, jak został najpierw zdenerwowany czekaniem na starsze pokolenia, potem jak został upokorzony zwykle przez własnych rodziców, zanudzony do granic możliwości przez ciotki opowiadające wiecznie o swoich problemach zdrowotnych(tu zwykle mamy do czynienia z wzdęciami jelita grubego, nadczynnością tarczycy czy innymi podobnymi sprawami, które młodego człowieka z reguły doprowadzają do myśli samobójczych), a skupia się na rozwijaniu swych kontaktów towarzyskich, czyli na tym, co lubi najbardziej. A jakby spojrzeć na całe święto, przygotowania, bieganie po sklepach, by znaleźć najtańsze i najbardziej niezwykłe znicze, ranna gorączka, by zdążyć na cmentarz przed członkami rodziny, których się nie lubi, patrząc potem na plejadę barwnych strojów, paradę min, słuchając dyskusji o nieboszczykach, to ma się wrażenie, że zaduma, która jednak powinna występować w ten dzień, całkowicie zanikła.

Powodem niewątpliwie jest fakt, że z święta zmarłych zrobiliśmy rewię towarzyską, zatracając to mistyczne zadumanie nad losami pochowanych, jednak nie można mówić o całkowitym zatraceniu tej zadumy. Ta zaduma, choć nieco wypaczona, widoczna jest u ludzi starszych, którzy najczęściej bywają na cmentarzach. Tyle, że ta zaduma przekształca się w wielki żal, że ci ludzie umarli dla nich i można tylko odwiedzać ich groby. Przywiązanie do ciała fizycznego jest zadziwiające, biorąc pod uwagę nauki chrześcijańskie, w których jasno można wyczytać, że to dusza jest najważniejsza, a dusza ulatuje wraz z śmiercią z ciała. Tak więc zamiast żałować i płakać nad szczątkami, tak już ohydnie pożeranymi przez pracowite białe larwy, powinniśmy spojrzeć na te marmurowe płyty, odczytać wolno imię i nazwiska oraz pomyśleć jakimi wspaniałymi ludźmi byli nasi bliscy.

To jednak się nie zmieni. Rewia pozostanie rewią, żal pozostanie żalem, irytacja pozostanie irytacją, a zmarli pozostaną zmarłymi. Bo przecież nie wstaną, nie?

Istotne? Nie.

•Październik 31, 2007 • Dodaj komentarz

Ile?

Ile mam lat?

Dwadzieścia i cztery miesiące? Sześciedziesiąt osiem i szesnaście dni? Osiemnaście miesięcy i cztery dni? Niedorzeczne. Absurd. Nie byłbym w stanie o tym nawet myśleć. Nieistotne.
Ile więc?
ILE MASZ LAT?
Nie wiem, sam nie wiem, nie mam pojęcia. Uchowaj mnie, Boże! Nie wiem ile mam lat! Naprawdę, nie krzycz na mnie! Nie wiem, nie wiem!
Więc ile?
WIĘC ILE MASZ LAT?!
Nie wiem, Boże, proszę! Nie pamiętam! Mam dużo chyba, ponad dwadzieścia trzy (sześćdziesiąt osiem, debilu!, falsetem zakrzyczał), nie wiem ile dokładnie! Nie mam! Wiedzy jak to powiedzieć! Nie mam! Wiedzy jak to odrzec! Nie mam wiedzy ile mam lat!
ILE DO KURWY!
Boże, nie wiem ile! Proszę, Boże, nie krzycz na mnie tak nieczule i straszliwie(śmiesznie, rzekł falsetem)… Proszę… Błagam, nie karz mnie więcej… Będę dobry, zawsze dobry!
RODZINĘ MASZ, ŚMIECIU?!
Matuś umarła, matuś zginęła. Dwa razy, po trzykroć chowana z mgieł odstępów! Trzy śmierci, dwa zgony! Boże, proszę, nie pytaj, nie pytaj mnie o to! To oni, nie ja, oni, oni, oni, oni, oni (my, krzyknęli), my, już oni, oni jeszcze, teraz my, już oni! JUŻ MY!
OJCIEC!
Głoszący prawdy! O wielki skurwielu ponad innymi! My nie sądzimy, że źle mówiłeś. Mówimy, że źle sądziłeś. I osądzałeś. INNYCH. JUŻ NAS. Prałeś. Wielokrotnie.
Prałeś. Mnie.
I MAMĘ, KURWO!
Prałeś wielokrotnie, zakichaną szmato. Nie pieprzyłeś się z nami, tylko prałeś. Nie rozmawiałeś, a prałeś. Nie miałeś za co prać, też prałeś. Wreszcie Cię wyprałem ja. NIE! My Cię wypraliśmy. Teraz śmierdzisz trupem w schowku na trzecim piętrze!
[kroki w tle]
Zabiliśmy Cię. Dwa razy. Za MAMĘ! Dwa. Chcieliśmy Cię odkopać spod tych mopów i pudeł na środki czyszczące… WYPRALIŚMY CIĘ! Żeby mścić trzecią śmierć. Twój był trzeci zgon.
DLACZEGO…?
Byłeś skurwielem! Byłeś łajzą! Byłeś pierdolonym psem ogrodnika! Byłeś zakłamanym kutafonem! Byłeś śmierdzielem i kurwiarzem! Byłeś wiecznie nieobecnym gospodarzem! Byłeś jebanym sadystą! Byłeś okropnym tatusiem…Dlatego! Dlatego! Należało Ci się, Ty w rzyć jebany pedale!
DLACZEGO TAK…?
A czemu inaczej? Czemu? Czemu?! Należało się Tobie. Należy się i mnie, ale mnie inaczej nie spotkasz w niebie! HA! Bo ja pójdę do piekła! HAHAHAHAHA! I będę się smażył w piekle! Aniołki-jajcarze niebo obiecują, a wieczorami kutasami w dupę Cię kłują! HAHAHAHAAAA!
MILCZ.
Wybacz, Boże, wybacz, nie przejmuj się nimi, oni są źli, oni zabrali braciszka i zabrali matule. Oni zabrali ojczulka. Szybko zabrali. Kablem zabrali. Duszą jego ciało. Dusza odleciała. Do nieba, Boże, do Ciebie, Boże, zaopiekuje się nią, Boże, do Ciebie, do niego, do nieba, do…, Boże, ssij mi pałę.
ZABIERZCIE TO ŚCIERWO!
[kroki w tle]
I CO NAM ZROBISZ, GABRIELU? CO NAM ZROBISZ? MIEĆ GO MAMY, CIEBIE TEŻ DOSTANIEMY, ZAFAJDANY OBKURWIĘŃCU! Myślisz, że może mnie i moim przyjaciołom coś zrobić, kurewko? Możesz nam possać. Tylko i wyłącznie. Daruj sobie gadkę. Po co to? Zostaw mnie, kurwa! Zostaw, zostaw! Zostaw te rękawy, (kropeczki w rękawiczki, rękawiczki w kropeczki, zakrzyczeli falsetami) kretynie!
POŚPIESZCIE SIĘ!
Boże, nie, Boże, nie zostawiaj mnie, oni coś mi robią, robią mi oni coś. Coś mi wstrzyknęli. Boże, uratuj mnie od tego. Zabierz, zabierz, zabierz go, zabierz to ze mnie. Oni coś mi odbierają. Kryją, szykują by zbić. AAAAAAaaaaa! Zostawcie mnie! Boże, czemuś mnie opuścił! Boże, daruj im te winy!
(ból, jasność, ciemność…)
(zakrzyczeli falsetem)

Klub Węża.

•Październik 23, 2007 • Dodaj komentarz

Pewnej słonecznej leniwej niedzieli ludzie spacerowali z błogością na twarzach po parkach miejskich , ciesząc się ciepłymi promieniami słońca , które również z lubością ogrzewały twarze bawiących się dzieci , wtulonych w siebie par zakochanych , bądź też zwykłych przechodniów cieszących się z pięknego dnia. Ludzie chodzili nigdzie się nie śpiesząc , zapominając o trudach życia , oddając się bez reszty przyjemnościom , jakim były spacer po parku , kosztowanie lodów w pobliskich kawiarniach , patrzenie na pobliskie oczko wodne , które skrzyło się w blasku słońca. Jednak nie wszyscy tej niedzieli cieszyli się przyjemnościami takimi jak większość ludzi.

W odległej części parku stał budynek , pięknej budowy i postury , odbijający się w tafli pobliskiego oczka wodnego. Budynek , a raczej pałac , był wzniesiony w klasycystycznym stylu. Piękne wysokie kolumny utrzymywały sklepienie , a zdobiące owe sklepienie rzeźby aniołów wyrażały bezbrzeżny podziw nad wysiłkami tych kamiennych filarów. Po obu stronach wejścia do pałacu , znajdowały się wysokie okna , przez które ktoś znacznego wzrostu mógł zajrzeć i zobaczyć co w owym pałacyku się dzieje. A działo się w nim nie mało. Łagodnymi falami ze środka płynęła muzyka. Piękna , spokojna , wręcz usypiająca. Ktoś kto jej słuchał musiał leżeć na wygodnej sofie , zapewne luksusowej , leniwymi ruchami kiwał dłonią w rytm cudownej melodii. Ktoś znający się odrobinę rozróżnił by Die Fledermaus Overture Johanna Straussa II. Można by pomyśleć , że to jest spokojna niedziela , którą spędza wielki bogacz w swej posiadłości. Wtem nagle piękną melodię zagłuszył ryk:

- Nie! Nigdy się z tym nie zgodzę! A wy nie przestawajcie grać! – ktoś ryknął w głębi budynku do muzyków , którzy przerwali grę.

Zapewne ciekawi wszystkich co się tam wydarzyło , a zakładam , że jeszcze bardziej ciekawi wszystkich co tam się dopiero wydarzy. Przenieśmy się więc do głębi budynku. Przepływając łagodnie przez sale pięknego wystroju , bogato zdobione najróżniejszymi rzeźbami , aż dopływamy do wielkiego pomieszczenia , gdzie w jednym końcu pomieszczenia siedział kwartet smyczkowy i właśnie zaczynał Nad pięknym modrym Dunajem , a na drugim końcu siedział spory tłum , składający się głównie z bogato ubranych mężczyzn , jednak można w nim było znaleźć również dwie kobiety pięknej urody. Jeden z owych panów był czerwony na twarzy i wyraźnie wściekły.

- Panie Potocki! Niechże się pan opamięta! Proszę nie raczyć nas takim pokazem niewychowania! – skarciła głośno czerwonego mężczyznę kobieta , odziana w suknię niezwykłej urody.

- Całkowita racja , droga pani. Stanisławie , przyszliśmy tutaj porozmawiać , a nie wydzierać się na siebie nawzajem. To naprawdę nie jest w dobrym tonie , tak krzyczeć , tym samym przerywając naszym znakomitym muzykom. – odezwał się postawny jegomość w czarnym surducie , siedząc na obitym czerwonym materiałem fotelu.

- Bardzo przepraszam. Jeśli moje zachowanie się jeszcze powtórzy , poproście mnie śmiało o wyjście z sali. – powiedział skruszony Stanisław Potocki , siadając na swoim fotelu.

- Więc na czym to skończyliśmy , zanim pana Stanisława opuściła chęć do kulturalnej rozmowy? – spytała pozostałych piękna młoda kobieta , zwana Elżbietą de Tancarville.

- Właśnie mieliśmy zacząć kolejny temat naszego dzisiejszego zebrania , a mianowicie „Czy literatura potrafi wzruszać , czy potrafi zachwycać?” Kto ma chęć zabrania głosu? – zapytał Sigismund deVries , czytając z przygotowanego arkuszu , kolejny temat do dyskusji.

- Proponuję by zaczęła jedna z pań… – zaczął Stanisław Potocki , zapewne usiłując odzyskać choć troszkę poważania u reszty grupy. Kobiety spojrzały po sobie , w końcu Elżbieta lekko skłoniła głową Teresie Merigold , która od razu zaczęła.

- Dziękuje bardzo , drogi panie. Jeśli miałabym się wypowiedzieć , to na samym początku pragnę zapytać , o jakim rodzaju literatury tutaj mówimy?

- Nie zostało to wyszczególnione. Musimy chyba przyjąć , że mówimy o literaturze , jak o całości. – odpowiedział Sigismund , poprawiając frak.

- No cóż… więc dziś proszę państwa mamy temat-rzekę do dyskusji. Bowiem rodzajów literackich jest tyle , że niejeden specjalista może się w nich zagubić. Niełatwo też jest mówić o konkretnych gatunkach , ponieważ w każdym znajdują się dzieła i niesamowicie piękne jak i te , które należałoby jedynie spalić.

- Znowu pani Teresa ma rację. Trudno ocenić konkretny gatunek jako udany czy nie. Gwoli wyjaśnienia: czy dany gatunek potrafi nas wzruszyć i zachwycić czy też nie potrafi. – odezwał się gospodarz Artaud Terranova.

- Oczywiście mam nadzieję , że mówimy tutaj o literaturze współczesnej , prawda? – upewnił się Ignacy Wybicki.

- A dlaczegóż to tylko o współczesnej? – pan August Koniecpolski , z dawna nie odzywający się , zapytał nagle.

- Wyjaśnienie jest przydługawe , więc jeśli będę kogoś z zebranych tutaj osób nudził , niech da mi znać , dobrze? – widząc potakujące głowy , pan Ignacy wstał i podszedł do miejsca , skąd mógł widzieć wszystkich tu zebranych. – Przypatrzmy się historii. Starożytność. Wspaniały okres , rozkwit cywilizacji Greków , Rzymian , Persów. Teraz zapytam Was co wiemy na temat literatury tamtych czasów?

- Przecież istnieją takie piękne dzieła jak Iliada , Odyseja czy Dzienniki Platona i one nam dają przeświadczenie , że w tamtym okresie była tworzona cudowna literatura! – wykrzyknął z emfazą , już znany wszystkim jako wielbiciel literatury starożytnej , August Koniecpolski.

- Otóż to! Ile znamy dzieł tamtego okresu? Ile przetrwało do dnia dzisiejszego? Ile naprawdę godnych uwagi dzieł przetrwało do dnia dzisiejszego?

- Te , co wymienił pan August plus kilka innych , ale to wszystko.

- A dlaczego tak się stało?

- Bo na przestrzeni wieków tylko te wybitne się zachowały i nie zostały zapomniane. – popisała się domyślnością pani Elżbieta.

- Dokładnie. We współczesnej literaturze takiego procederu nie ma. Oczywiście , za pięćdziesiąt lat nasze dzieci , bądź wnuki będą pamiętały tylko o tych znakomitych dziełach naszych czasów , inne natomiast , można powiedzieć , nie przejdą do historii. Dlatego załóżmy , że literatura starożytna jest w pewnym sensie doskonała. Przecież już w swoich czasach była uznawana za wyjątkową.

- Racja panie Wybicki. Iliada jest piękna pod każdym względem. Zachwyca nas swoim rozmachem , czaruje opowieścią o tragicznej miłości , wreszcie fascynuje swą batalistyką i wielką różnorodnością postaci. – dorzuciła Teresa Merigold , widząc gorliwie potakującego pana Augusta.

- To samo oczywiście odnosi się do Odysei. Ale skupmy się na literaturze współczesnej , skoro wszyscy zgodziliśmy się , że literatura starożytna jest doskonała.

- Przynajmniej w znakomitej większości się zgodziliśmy – powiedział Robert Galla , obserwując nadąsanego Augusta Koniecpolskiego.

- No tak czy inaczej , wróćmy do rozmowy o literaturze współczesnej… – nie zdążył skończyć pan Ignacy , gdy mu przerwał milczący od początku nowego tematu , pan Sebastian Radcliffe , wykładowca filologii francuskiej.

- Rozumiem już zamysł pana Wybickiego. Chce nam pan uzmysłowić , że w dzisiejszych czasach , gdzie papier , o tak! , papier jest towarem bardzo szeroko dostępnym i praktycznie każdy ma ,a przynajmniej powinien mieć kilka książek , jest wydawana wielka ilość książek , które zostały napisane przez , delikatnie mówiąc , leciwych pisarzy i nadają się jedynie na śmietnik. Dlatego przedmówca chce rozmawiać o literaturze współczesnej , ponieważ jest większy wybór pozycji , które mamy do dyspozycji. Wybaczcie za rym. – mrugnął do zgromadzony Sebastian Radcliffe. – Jako , że się zgadzam z twierdzenie tematu , to postaram się moją opinię uzasadnić. Zrobię to na podstawie znakomitej książki , arcydzieła pisarstwa…

- No niechże pan nas już nie męczy! Jaka to książka? – zapytał któryś z obecnych.

- Mistrz i Małgorzata , pióra Michaiła Bułhakowa. – odpowiedział z promiennym uśmiechem wykładowca filologii francuskiej.

- Znakomity wybór!

- Naprawdę piękna książka! – posypały się wyrazy uznania.

- Tak więc zacznę od niesamowitego przedstawienia Szatana w tejże książce. Jest on dowcipny , inteligentny oraz jak się okazuje jest niesamowitym dżentelmenem. Ponadto bardzo mnie zdumiewała postawa Jezusa w opowieściach Wolanda. Rzadko kiedy możemy zauważyć takie podejście do Jezusa. Zwłaszcza w naszym kraju , który jak wiemy ślepo podąża za jednym i tym samym od wielu pokoleń , mało się zastanawiając nad samą istotą wiary.

- Ale przecież nie będziemy rozmawiać o religii , drogi Sebastianie. Jeśli się zgodzisz , to dorzucę kilka słów od siebie , dobrze? – widząc skinięcie głową poprzedniego mówcy , Jan Taggendorf kontynuował. – Mnie natomiast podobał się najbardziej Kot Behemot i jego nienaganny humor. Proszę o wybaczenie wszystkich , zapomniałbym o postawie owego kocura-demona , postawie wiecznie poszkodowanego , a jednocześnie tryskającego humorem.

- Dokładnie panie Janie! Ale wspomnijmy o drugiej części tego dzieła. O tytułowym „Mistrzu i Małgorzacie”. O ich pięknej i zarazem tragicznej miłości. O miłości , którą sam Władca Piekieł postanowił uczynić wieczną , robiąc z Mistrza i Małgorzaty swoich towarzyszy , demony inaczej mówiąc.

- Słyszę same głosy zachwytu , więc zgadzamy się , że „Mistrz i Małgorzata” jest przykładem literatury pięknej , zachwycającej nawet takie starożytne serca , jak pana Augusta? Tak? Cóż to pani Tereso? Łzy? Jakoś panią uraziłem? – spytał przestraszony Wybicki , z miejsca podchodząc do ocierającej łzę kobiety.

- Nic… , tylko ilekroć czytałam tą książkę , tylekroć wzruszałam się nad losem owej pary. Prawdziwe arcydzieło! – otarła ostatnią łzę z policzka i spojrzała hardo na resztę zebranych. – Czy zgadzamy się , że „Mistrz i Małgorzata” zalicza się do literatury wzruszającej i zachwycającej nas?

- Tak!

- No jasne!

- A jakże!

- Powiedzmy… – rzucił August Koniecpolski , a reszta spojrzała na niego jak na coś obrzydliwego , co przykleiło im się do podeszwy.

- Oczywiście , że tak!

- No ja też się zgadzam , więc mamy przegłosowane. Ktoś ma jakąś propozycję odnośnie książki , która zasługuje na miano książki , zdolnej poruszać nasze serca i wzbudzać podziw?

- Ja mam jedną propozycję , jednak nie wiem czy ktokolwiek zechce mnie wysłuchać , ponieważ jest to książka z gatunku rzadko omawianego na naszych spotkaniach. Chodzi mi o całkiem nową pozycję Stevena Eriksona zwaną Bramy Domu Umarłych.

- O czym jest ta książka?

- Opowiada ona o wojnie , która toczy się między wojskami jednej prorokini , a potężnemu imperium , które jednak coraz bardziej stacza się ku upadkowi. Jest tam wiele wątków , jednak ja chciałbym poruszyć tylko dwa. Pierwszy wątek dowódcy zwanego Coltainem. Drugi opowiada o dwóch przyjaciołach. Który wątek was bardziej interesuje? – zapytał Arteud Terranova , czekając na reakcje zebranych w pałacu osób. - Osobiście bardziej interesuje mnie pierwszy wątek , może być? – upewnił się Stanisław Potocki , znany wielbiciel bitew i najróżniejszych taktyk , wojsk.

- Skoro odpowiada wam to , to zacznę od początku. Głównym wątkiem jest odwrót uciekinierów , osłanianych przez armię Coltaine’a. Dramatyczność tej sytuacji rośnie , gdy okazuje się , że najbliższe wolne miasto jest oddalone blisko o półtora miesiąca drogi. Półtora miesiąca drogi pośród tysięcy cywili i setek bydła. Nic nie byłoby w tym strasznego , gdyby nie klimat terenu przez jaki musi ta armia przechodzić. Przez pustynię. Na dodatek cały czas nękana przez atakujących ją od tyłu wojowników prokini. Cała książka opisuje na przemian perypetie owych wojowników , którzy ciągle giną pod naporem przewagi liczebnej nieprzyjaciela i przygody dwóch przyjaciół.

- Tragizm ucieczki tej armii zwanej Sznurem Psów zwiększają opisy , w których kawaleria oddaje ostatnie resztki wody swym wierzchowcom , a potem wypija… ekhm… mocz. Tylko by przeżyć , by wywalczyć drogę cywilom do miasta. Jak można przewidzieć w mieście stacjonuje armia , która mogłaby pomóc Coltaine’owi , jednak ona dowodzona jest przez tchórza , bojącego się opuścić bezpiecznych murów twierdzy. Finał dramatu odbywa się prawie pod murami miasta. Cywile , którym przewodził przyjaciel Coltaine’a , historyk imperialny , docierają do miasta , jednak cenę za dotarcie płaci dowodzący Sznurem Psów.

- Wspinając się na wzgórze , z garstką żołnierzy , jest atakowany ze wszystkich stron. W końcu ostatni bastion pada. Nawet z daleka można zauważyć krzyż , na którym wisi Coltaine. Dowódca , który pokonał pół kontynentu , przeszedł przez pustynię , z kilkudziesięcioma tysiącami cywili , nękany nieustannymi atakami , jest męczony przez hordy nieprzyjaciół. Z murów twierdzy wznosi się lament. Lament trwogi , strachu i rozpaczy. Bezdennej jak otchłań. W końcu znajduje się jeden człowiek , który zgadza się zabić Coltaine’a , by ulżyć jego cierpieniom. Strzała trafia. Coltaine umiera. Śmiercią bohaterską i piękną. Nie będę ukrywał tutaj , że roniłem łzy jak grochy , przełykałem głośno ślinę , myśląc nad wszystkim co on dokonał.

- Co tym samym dokonał Erikson swoją książką zmuszając mnie do rzewnych łez. Wręcz do żałoby nad takim dowódcą. Za to uważam go za twórcę , który mnie zachwycił i wzruszył. Do łez… – zamilkł na chwilę pan Arteud.

- Ekhm? Drugi wątek? – zapytał po chwili głębokiego milczenie Sigismund de Vries. Nawet orkiestra przestała grać.

- A tak. Drugi wątek jest równie tragiczny. Ale tutaj opowiem pokrótce , by was nie zanudzić. – mrugnął do zebranych Terranova. – Więc dwoje przyjaciół , Icarium i Mappo , podróżowali przez wieki , przez dziesiątki wieków po różnych kontynentach świata. Icarium , jako istota , której gniewu bały się wszystkie istoty na ziemi , był omijany szerokim łukiem. Gniew ten był zaprawdę straszliwy , a trwał do momentu gdy wszyscy wokół byli martwi. Nikt nie mógł wtedy Icariuma powstrzymać. A ten istniejąc od tysięcy lat wpadał w gniew wielokrotnie i tym samym pozbawiając życia całych cywilizacji. Zapytacie na czym polegał tragizm tego zestawienia?

- Otóż to. Co w tym jest takiego tragicznego?

- Fakt , że Icarium cierpiał na wielką amnezję. Ale cały czas poszukiwał odpowiedzi na pytania Kim jest? Skąd jest? Wędrował po kontynentach , zwiedzał ruiny , zniszczonych przez siebie samego cywilizacji , ale tego nie pamiętał. Jedna osoba była zawsze koło niego i pamiętała. Mappo. Dręczony wyrzutami sumienia wobec swego przyjaciela , a jednocześnie zaprzysiężony by nic mu nie mówić. I nie dopuścić do dowiedzenia się o tym. Wewnętrzny konflikt rozdzierał serce Mappa , lojalność wobec przyjaciela czy zobowiązanie wobec przysięgi. I jeszcze ciągle towarzyszenie Icariumowi w jego poszukiwaniach , po tych samych miejscach , po tych samych zniszczonych metropoliach , gdzie wspomnienia wracały do niego niczym bumerang. Wspomnienia w których jego przyjaciel niszczy całe ludy , a on , Mappo Trell , przygląda się temu z bólem w sercu. Na tym polegał konflikt wewnętrzny i tragizm tego zestawienia. Z tych dwóch powodów jestem przekonany , że książka , o której wspominałem powinna dostać miano „wzbudzającej emocje i zachwyt”. Czy zgadzacie się ze mną?

- Rozumiem przywiązanie pańskie do tej książki , ale żeby określić czy rzeczywiście jest tak dobra , by dostać to miano , musielibyśmy ją przeczytać i wtedy ocenić.

- Jednak to , co było w książce najważniejsze , streściłem Wam! – żachnął się Terranova.

- Oczywiście , jednak zrobił pan to , na tyle nieskładnie , że niewiele zostało z tego uroku. – odezwała się Elżbieta de Tancarville , odrzucając włosy do tyłu.

- Niestety nie możemy przyznać takiego tytułu Bramom Domu Umarłych. Weźmy też pod uwagę , że każdemu co innego się podoba. Mi może się podobać epicka opowieść o wielkich wojnach i bohaterach , drugiej osobie spodoba się literatura refleksyjna. Wszystko to kwestia gustu.

- Ależ oczywiście. Przecież komuś może się spodobać Pan Tadeusz i czytać go namiętnie od dwunastego roku życia , a ktoś może zasypiać przy szóstej stronie.

- Ale czy zgadzamy się w takim razie z twierdzeniem , że literatura wzrusza i zachwyca?

- Zgadzamy się. – odezwał się w imieniu wszystkich Robert Galla. – Z zastrzeżeniem. Albo dwoma. Pierwsze to kwestia gustu. Są takie księgi , co umieją wzruszyć każdego , kto je przeczyta i te nazywamy arcydziełami. Są też takie księgi co wzruszają tylko niektórych , trafiając w ich upodobania. Drudzy natomiast przeczytają je i nie poczują nic. A przynajmniej nie to , co ich poprzednicy. Druga to kwestia to kwestia ówczesnych pisarzy , którzy w zasadzie kalają dobre imię literatury , swoimi tekstami. I te „dzieła” nie wzruszą nas , ani nie zachwycą. Wzbudzą jedynie politowanie , albo jeszcze gorszą obojętność. I te książki zostaną zapomniane. Popatrzmy na przestrzeń dziejów. Ile książek przetrwało w każdej epoce jako te wybitne , a ile zostało zapomnianych? To pytanie zostawiam Wam drogie panie i drodzy panowie do przemyślenia.

Przez jakiś czas milczeli wszyscy , rozważając w duszy to spotkanie. Kwartet smyczkowy zagrał Tritsch-Trasch Polkę , po czym z ukłonem wycofał się. Pierwsza wyszła Teresa Merigold , po czym reszta , nadal w ciszy skierowała się ku wyjściu. Pod pałacykiem stały karoce i powozy. W końcu goście pojechali , a gospodarz Arteud Terranova , długo patrzył za nimi.

Ludzie tymczasem wyrywali się powoli z niedzielnego otępienia. Spostrzegali , że już późno , że czas już iść do domu. Dzieciaki wracały do rodziców z niechęcią , bowiem zabawa jak zwykle rozkręciła się najlepiej na koniec pobytu w parku. Kawiarnie zaczęły opuszczać rzesze klientów. Leniwa atmosfera opuszczała wszystkich ludzi , przypominając im , że następnym dniem jest zwykły pracujący poniedziałek. Większość ludzi wróciła spokojnie do swych domów , zjadła bez pośpiechu obiad. Odwiedziła kościół , będąc przyzwyczajonym do cotygodniowych mszy. Wieczorem można było zobaczyć kilka par przechadzających się po parkach , podziwiających niezwykle piękny zachód słońca. Mniejszość zaś zaszyła się w swoich sanktuariach , ze szklaneczką brandy bądź zimną lemoniadą , trzymając na kolanach książki. Pogrążała się coraz głębiej w uczuciach bohaterów , zanurzając się w wytworzony w ludzkim umyśle świat , całkowicie zapominając o tym świecie rzeczywistym. Czytając. Książki , które stały się dla nich drugim , jeszcze bogatszym światem. Co w nich odnajdą? I czy ich to zachwyci? To już każdy czytelnik sam sobie odpowie…